Archiwa tagu: wybory w Tajlandii

Wybory w Bangkoku

Za czym kolejka ta stoi? Po demokrację, po stary porządek, po więcej bałaganu i długich lat transformacji? Przeddzień wyborów przyniósł 6 ofiar śmiertelnych, dzisiejszy poranek jest  – jak na razie – spokojny. Stacje wyborcze ustawiono na terenie lokalnego marketu; tuż obok głosujących,  biznes kwitnie jak zwykłe – smażony kurczak, owoce, ciuchy i zabawki.

Szkoła ostrzegła nas przed ewentualnym wybuchem agresji i mamy być przygotowani na ewentualny dzień wolny. W sumie, dlaczego nie?

Reklamy

Co tam, panie, w polityce?

Wczoraj musiałam pojechać do urzędu emigracyjnego żeby zrobić tzw. 90 dni, czyli małe meldowanko, które robi się właśnie co 90 dni – wciąż tu jestem, wciąż legalnie.

A że mieszkam na dalekich przedmieściach Bankoku to podlegam pod urząd emigracyjny tychże, nie tego głównego w centrum, lecz znajdującego się na dalekim wypiździewie, po prostu. Wsiadałam w taksówkę i pół godziny później byłam w miejscu, które przypomniało mi o podróżach, o tej Tajlandii, którą pamiętam sprzed kilku lat, kiedy miałam dużo płatnych wakacji i mogłam włóczyć się pociągami i autobusami.

Tajlandia, która jest nagle w innej czaso-przestrzeni – wolna, rozciagliwa od żaru i upału, lekko zaspana. Czas płynie wolniej, ludzie śpią w hamakach, kimają na motorkach swoich przenośnych straganów, sprzedają kawę w plastikowych reklamówkach wypełnionych lodem, taki tajski odpowiednik Starbucksa i take away’a. Lokalsi uśmiechają się na widok falangów, czasem patrzą zadziwieni, obserwują nas jakbyśmy byli przybyszami z kosmosu. Wszystko jest przykurzone i stare, farba obłazi, rdza zżera, plastikowe torebki zwisające z wiatraków pod sufitem, kręca się w kółko nad straganami, odganiając muchy.

I właśnie wczoraj znowu poczułam ten klimat i zapach, którego nie umiem określić, ale mi wszystkie miejsca i podróże kojarzą się z zapachami. Czasem, jakaś delikatna nuta zapachowa potrafi przypomnieć momenty sprzed kilku lat, sutyacje i miejsca. Wczoraj, z jakiegoś dziwego powodu, poczułam się jakbym była w Krabi, gdzie jest takie przedziwne miejsce, otwarte muzeum pokazujące piekło i czyściec, w którym monstrualnej wielkości dziwne, kiczowate rzeźby wyginają się w cierpieniach, a diabły nadziewają na widły grzeszników.

Odstałam swoje 15 minut w kolejce, otoczona głównie emigrantami z Birmy – spracowanymi, spalonymi słońcem, spoconymi, przygnębionymi. Niedawno, tak z dwa lata temu, skończyłam drugą magisterkę w Lodynie  – Polityczną ekonomię konfliktu, przemocy i rozwoju, i wraz z moja grupą musieliśmy przygotować prezentację na temat wybranego kraju przeżywającego wlaśnie konflikt lub wojnę domową. Prezentowaliśmy Birmę i teraz, za każdym razem widząc Birmańczyków, próbuję zgadnąć, przez jakie koszmary musieli przebrnąć, żeby znaleźć się tu, w tej kolejce, szukając pracy za grosze, pozwalając się wykorzystać, bo nie mają innych opcji. A w dodatku w Tajlandii wciąż iskrzy i zgrzyta.

Sytuacja nie zmieniła się przez ostatnie kilka tygodni i na pewno nie zmieni się do lutego, kiedy to mają odbyć się wybory. Czytam różne strony mądre, poświęcone temu tematowi i wszystkie mówią mniej więcej to samo. Sytuacja jest napięta, w lutym nastąpi kulminacja, ale nie wiadomo co będzie. Niektórzy starają się przewidzieć rozwój wypadków, ale myślę, że w przypadku Tajlandii to trochę jak zgadywanie, bo jest tu jeden bardzo nieprzewidywalny czynnik – Tajlandia. Tajska logika i tajski czas – te określenia szybko wchodzą do słownika osób, kóre tu zamieszkują. Logika – jesli coś jest nielogicznego, to na pewno będzie uznane za słuszne. Czas – gumowy, rozciągnięty, zawsze opóźniony. To przecież kilka dni temu chciano zająć ZOO w ramach akcji protestacyjnej, ale gdy cały Internet złapał się za brzuch ze smiechu, zrezygnowano z tego pomysłu. Tak, ZOO jest kluczowym obiektem w rozgrywce politycznej obu stron.

Tajlandia stoi właśnie na rozdrożu i nie wiadomo co będzie. To nie tylko Taksin vs. demokratyczny rząd i miłościwie nam panujący, to także ASEAN zbliżający się wielkimi krokami. Za rok Tajlandia powinna być zwarta i gotowa, żeby przystąpić do tej Unii Azjatyckiej a myślę, że bedzie targana personalnymi wojnami i walką o władzę, która będzie rosła proporcjonalnie do stanu zdrowia króla. Czasem myślę, że to początek końca Bankoku jaki znamy, czasem myslę, że to przesada. Tajlandia i jej plaże wciąż będą przyciągać masy turystów, piekne kobiety wabić spragnionych miłości mężczyzn a manpeilaizm oferować odskocznie od zachodniej kultury, kryzysu i wyścigu szczurów. Mam nadzieję. I za to właśnie wypijmy capuccino z zielonej herbaty.