Archiwa tagu: Bangkok

Wybory w Bangkoku

Za czym kolejka ta stoi? Po demokrację, po stary porządek, po więcej bałaganu i długich lat transformacji? Przeddzień wyborów przyniósł 6 ofiar śmiertelnych, dzisiejszy poranek jest  – jak na razie – spokojny. Stacje wyborcze ustawiono na terenie lokalnego marketu; tuż obok głosujących,  biznes kwitnie jak zwykłe – smażony kurczak, owoce, ciuchy i zabawki.

Szkoła ostrzegła nas przed ewentualnym wybuchem agresji i mamy być przygotowani na ewentualny dzień wolny. W sumie, dlaczego nie?

Reklamy

Ogród królowej Sirikit, czyli trochę słońca z Bangkoku

Bangkok to ogromne, zakurzone i gorące miasto, które potrafi zmęczyć. Krótkie wyjście, wycieczka, zwiedzanie czy zkaupy powodują, że chce się na chwilę przysiąść gdzies na trawie, napić, odpocząć, ale takich miejsc praktycznie nie ma. Jest Lumpini Park, który bardzo lubię, z jeziorkiem i ogromnymi jaszczurami, które nagle wychodza z wody. Jest Jajutak Green, park zaraz obok weekendowego targu Chatuchak, który znajduje się na liście do zobaczenia większości turystów. Takich miejsc przydałoby się więcej. Tajlandia mogłaby wyglądać jak rajskie ogrody przy odribinie wysiłku, z niesamowitymi kwiatami, intensywnymi kolorami i piekną roślinnością, niestety zamiast tego mamy suche chwasty, śmieci wzdłuż dróg i beton.

Wczoraj szkoła zabrała nas do ogrodu im. królowej Sirikit, znajdującego się tuż obok parku Chatuchak, tak – jeden park obok drugiego, choć ten drugi trochę ukryty, schowany z tyłu. Po krótkim praniu mózgu i oglądnięciu filmu wideo o wspaniałej parze królewskiej, w końcu byliśmy wolni i mogliśmy pobiegac w słońcu. „Zima” zniknęła dosłownie z dnia na dzień i upał znowu zaczyna doskwierać. Wszystkim szykującym się do przyjazdu i tym, którzy siedzą w zimowych pieleszach, przesyłam trochę słońca.

W odpowiedzi na emaile i zapytania o sutuacje w Bangkoku

W ciagu ostatnich dni dostaje bardzo wiele emaili, na ktore nie jestem w stanie odpowiaac indywidualnie, pozwolcie wiec, ze zrobie to tutaj. Wszyscy zadaja w sumie to samo pytanie – czy jako osoba mieszkajaca w Tajlandii moge powiedziec, ze planowany przyjazd za kilka dni bedzie bezpieczny.

Niestety, nie umiem odpowiedziec, bo chyba nikt nie jest stanie przewidziec wypadkow kilku kolejnych dni. Tajskie protesty wygladaja bardzo inaczej niz zachodnie – nikt tu nie biega, nie krzyczy, nie rzuca kamieniami czy gazem lzawiacym, nie ma armatek wodnych. Ludzie siedza na jednym miejscu/placu, jest mownica, jest czesto muzyka – wyglada to bardziej jak przygotowanie do koncertu na swiezym powietrzu niz zamieszki. Ale zabito jednego z przywodcow opozycji, a dzisiaj wybuchla walizka na lotnisku miedzynarodowym Suvarnabhumi. Jakie bedzie mialo to konswekwencje? Nie mam pojecia. O ile nie boje sie o zdrowie/zycie i turysci rowniez nie powinni, nikt nie umie zagwarantowac, ze nie zamkna ruchu powietrznego co oznacza chaos, koszty, koczowanie na lotnisku i brak mozliwosci opuszczenia Tajlandii.

Wiem, ze nie pomoglam i wciaz pozostaja watpliwosci, ale niestety nikt nie jest w stanie powiedziec nic jednoznacznie.

Stan wyjatkowy w Bangkoku

Do wszystkich, ktorzy wybieraja sie do Tajlandii i pytaja mnie o sytuacje-wczoraj rzad zdecydowal sie wprowadzic stan wyjatkowy, ktory zaczyna sie dzis i ma trwac 60 dni. Oznacza to, ze policja, armia I rząd, ktore Dotad Nautralne in Byly. ie braly udzialu w rozbrajaniu demonstracji, od dzisiaj beda czynnie dzialac i dostosowywac swoje dzialania do sytuacji.Podejrzewam, ze sytuacja bedzie stawac sie coraz bardziej napieta im blizej wyborow. Nikomu nie stanie sie nic zlego, jesli bedziecie omijac 6 punktow, gdzie zbieraja sie demonstranci, natomiast moga byc problemy z lotami i musicie sie liczyc, ze trzeba bedzie przedluzyc wakacje. Dla poslugujacych sie angielskim polecam Twitter @ Richard Barrows, ma chyba najswiezsze wiadomosci non stop. Jesli Planujecie Zostacw Bangkoku, polecam Khao San Rd, ktory Wciaz Pozostaje beztroski I bezpieczny, Przynajmneij Dotychczas. I link do mapy Demonstracji Http://news.bbc .co.uk/2/hi/asia-pacific/8686921.stm

Poniedziałkowo

W ciągu ostanich kilku dni dostałam dużo listów, emaili i komentarzy z ciepłymi słowami, z pytaniami o samopoczucie, pełne troski. Dziękuję bardzo, wszystkim razem i z osobna, i wszystkim też mówię – nie martwcie się, serio – wygląda to gorzej niż jest w rzeczywistosci.

Bo sytuacja w Bangkoku jest dziwna i można ją przedstawić dwojako – „wszystko w porządku”, lub „bomby, granaty i ranni”. W sobotę rano pojechałam do pracy, mojej dodatkowej, sobotniej szkoły, która jest już bliżej centrum i nagle zobaczyłam wyludnione ulice, puste centrum handlowe i ruch uliczny mniejszy o pewnie z połowę. Jeszcze nigdy nie zajechałam tak szybko, jeszcze nigdy nie widziałam tak pustej autostrady, gdzie normalnei ślęczę półtorej godziny w korku. Bangkok i demonstranci zdaje się być przyczajony, ale co jakiś czas daje o sobie znać – a to zastrzelony śmieciarz, a to wybuch granatu raniący demonstrantów, a to pomniejsze protesty w innych częściach miasta.

A z drugiej strony turyści robiący sobie zdjęcia z protestującymi i straganiarzy sprzedajacych koszulki z nadrukiem „Przeżyłam zamnknięcie Bangkoku”, robiących świetny interes. Mój znajomy, który pojechał wczoraj zobaczyć jak to wyglada w rzeczywistości, wrócił zniesmaczony i posunął się wręcz do kuriozalnego stwierdzenia, że ” już wiem o co w tym wszystkim chodzi, te demonstarcje to po to, żeby zwiekszyć sprzedaż i zarobić więcej kasy.” To już chyba dość daleko posunięte wnioski i byłaby to najdziwniejsza strategia sprzedaży – demonstracje i protesty jako czynnik zwiekszający popyt. Już widze nowe tematy magisterek ;). To na pewno nie tak i trzeba pamiętać, że jesteśmy w Tajlandii, nie można więc się spodziewać protestów w zachodnim stylu czy tego, że wszyscy przyłącza się do demonstarcji i całe miasto ruszy do boju.

Ale faktem jest, że oprócz kilku miejsc w Bangkoku, gdzie nie należy się pojawiać, jeśli życie ci miłe, życie toczy się dalej. Turyści oblegają Khao San jedząc pad thai i ujeżdżając tuk-tuki, centra handlowe kuszą końcówką wyprzedaży, a moi znajomi przylatują dziś w nocy i za kilka dni ruszają na Phi Phi, żeby spędzić wakacje w raju.  Gdyby spojrzeć na miasto z lotu ptaka, zobaczyć by można kilka pukcików, gdzie tłum jest większy niż zwykle i to tam, w tych sześciu czy siedmu miejscach, nie należy sie pojawiać. Nie należy też nosić czerwieni i żółci, tak na wszelki wypadek, gdyby przypadkiem trafiło się nie w to miejsce o nie tej porze. Poza tym można spać spokojnie, planować podróże, rezerwować bilety i mierzyć bikini. Nic nikomu sie nie stanie. Więc strapione mamy podróżujacych córek, śpijcie spokojnie; ci, którzy nie wiedzą, czy rezerwować bilety- rezerwujcie; ci, którzy nie wiedzą, czy będą mogli zwiedzić zamek królewski -na pewno się wam uda. Nie kupujcie tylko tych koszulek z napisem o zamknięciu Bangkoku, bo z tego wszyscy będą się śmiać.

źróło: blogs.cfr.org
źróło: blogs.cfr.org

Demonstracje w Bangkoku

Dzisiaj rano obudziłam się i zobaczyłam email od TVN24 z pytaniem czy nie zechciałabym skomentować sytuacji w Bangkoku podczas wieczornych wiadomości. Najpierw pomyśłałam, że to żart, potem, że może jeszcze śnię, w końcu była 6.00 rano, potem dotarło do mnie, że to jednak jawa i email jest jak najbardziej serio. Może inni blogerzy, którzy piszą od lat i znani są wirtualnie, mają już takie niespodzianki za sobą, dla mnie był to mój „pierwszy raz” i stres lekko przygniótł, na szczęście już po wszystkim, mam nadzieję, że coś sensownego zdołałam sklecić.

Ale stres pozostał, choć spowodowany czym innym, bo zaczęłam się lekko bać. Do tej pory nikt nic nie mówił o całej sytuacji, mówię tu o moich znajomych nauczycielach, o pokoju nauczycielskim. Czasami ktos coś napomykał i tak naprawde rozmawiałam z jednym znajomym zainteresowanym polityką. Dzisiaj nagle wszyscy siedzieli zaniepokojeni, snując plany ewentualnej ucieczki. Wszyscy planują uciekać do Kambodży, z tymże większość z nich ma motory lub samochody, a ja, cóż – co najwyżej wózek mogę pchać i szybko przebierać nogami. Dopadł mnie niepokój, bo mówi się o odcięciu Internetu, telefonii komórkowej, wody i prądu, mówi się o zamknięciu ruchu lotniczego za dwa dni. W tym wypadku nie będzie można nawet wylecieć i zostaje droga lądowa. Chociaż banki miały być otwarte i obiecały pełne bankomaty, wypłaciłam dzisiaj wszystkie pieniądze, bo zajęcie kont bankowych jest legalne w tym kraju i można stracić wszystkie pieniądze bezpowrotnie. Poza tym zaraz idę nabierać wodę do butelek, tak na wszelki wypadek. Pewnie nie martwiłabym się tak, gdybym nie była tu z Alexem, ale moim zdaniem pokojowe demonstracje będa do czasu i wszystko skończy sie wielką rozróbą i ofiarami smiertelnymi. Ostatnio było ich 70, więc całkiem nie mało. Nie martwię się o życie, czy bezpieczeństwo, martwię się o brak jedzenia, wody pitnej, pieluch i mleka w proszku.

Mówi się o podburzaniu mieszkańców, o tym, że prowokuje się bójki, za które wini się demonstrantów, ba – nawet zastrzelono kilku policjantów – wszystko by spowodować gniew i złość mieszkańców Bangkoku, co mialoby pociągnąć za sobą przemoc i policja, do tej pory neutralna, będzie musiała zacząć działać. A jeśli do akcji wkroczy policja, wkroczy i armia i tu już zacznie się walka na serio i skończy się pokojowa atmosfera. Wszyscy (mówię tu o falangach) są przekonani, że dojdzie do rezlewu krwi, pytanie tylko kiedy. Pytanie jak długo będzie to trwało i jakie skutki pociągnie za sobą.

Dziasiaj, kilka godzin wcześniej, miałam rozmowę w sprawie pracy w Malezji i czekam z niecierpliwością na odpowiedź, choć przyjdzie mi poczekać z tydzień. Nie, moja decyzja o wyjeździe nie była spowodowana sytuacja polityczna, tak się akurat złożyło, że fajna możliwość się pojawiła a wszystko zbiegło się w czasie. Pytanie- dostanę, nie dostanę? Zdołam wylecieć, czy będę musiała jechać do granicy i wylatywać z Kambodży lub innego sąsiedniego kraju? Jest się czym martwić, czy nie? Pytania, pytania, pytania. Czy ktoś ma jakieś pomysły?

Pieklo-niebo willa-slums

Na prawo most, na lewo most, a dolem Wisla plynie.
Albo na lewo prywatna szkola, na prawo slums, a z boku kanal plynie. Slumsy i strzezone osiedla mieszaja sie w Bankoku na kazdym kroku, szczegolnie tu gdzie mieszkam, nad ciagnymi sie w nieskonczonosc kanalami. Mieszkancy slumsow sprzedaja co moga, pracuja w mojej szkole jako sprzataczki, kucharki, kierowcy, zyja normalnym zyciem.

Koniec drogi. Za zakretem w lewo widac z daleka wejscie do strzezonego osiedla luksusowych, pieknych willi. Po minieciu osiedla zaczyna sie kolejny, dlugi slums, ktory doprowadzi w koncu do mini centrum handlowego, z restauracjami i supermarketem sprzedajacym zachodnia zywnosc. Male opakowanie truskawek kosztuje tyle, ile dniowka mieszkanca slumsu.

A moze cos tajskiego na zab?

Dostalam pierwsze zamowienie na post. Tu specjalnie na prosbe Ani przepis na tajskie jedzenie. W sumie fajny pomysl, bede dodawac nowe przepisy, jak uda mi sie znalezc takie, ktore mozna zrobic w Polsce lub mozna znalezc fajne zamienniki. Smacznego!

Yum woon sen aka salatka ze szklanego makaronu

Skladniki:
1. makaron „szklany”  z fasoli mung
2. lyzka mielonej wieprzowiny
3. chinski seler ktory spokojnie zamianiamy na mlode liscie selera naciowego
4. szalotka albo inna cebula wedlug uznania (powinna byc dosc ostra)
5. chilli , w razie gdy nie uzywamy swiezego chilli uwazam, ze lepiej dodac kilka kropli tabasco lub innego plynnego sosu chilli, niz suszone
6. odrobina cukru, jesli macie to brazowy

Sosy:
rybi, ktory w kuchni tajskiej zastepuje sol
z lemonki, na prawde inny i lepszy niz cytrynowy, ale jesli nie ma co sie lubi…

Uwagi:

Makaron szklany makaronowi szklanemu nie rowny, a co to oznacza? Naprawde sa dwa rodzaje, ten drugi, jest jesli sie nie myle, jest sojowy, i jest nie do pogryzienia. Mam nadzieje, ze uda sie trafic na ten dobry, moze sprzedawca pomoze?

Tajskie jedzenie zawsze miesza 4 smaki: slony (sos rybi), ostry (chilli), kwasny (lemonka) i slodki (cukier). Laczcie te smaki, nie zapomnijcie o odrobinie cukru.

Sos rybi, umowmy sie, smierdzi, bo jest na bazie anchovies. Ale pamietajcie, ze dajecie go troszke i wtedy nie jest wyczuwalny, zapach tez znika, nie rezygnujcie z niego.

Przygotowanie:

1. Makaron namoczcie w cieplej wodzie. Nie goracej, bo rozklei sie i zlepi w jedna mazista pape. Jesli po namoczeniu okolo 15 minut wciaz jest twardawy, na chwile wlozcie to wrzatku, zamieszajcie i wyjmijcie. W Tajlandii maja sitka na raczce, takie mini durszlaczki, ktore wkladaja w gar pelen wrzatku. Dwa okrecenia i gotowe. Coz, jesli makaron jest dalej twardy, to oznacza to, ze mamy ten niejadalny…

2. Wieprzowine podsmazamy na oleju na chrupiace skwarki. Jest to dodatek raczej, nie zas glownyy skladnik, nie powinno byc go wiele, na serio jedna lyzka

3. Szalotke tniemy na plasterki, chilli siekamy na male kawaleczki (po usunieciu pestek! to one nadaja ostrosci), liscie selera szybko siekamy.

4. Mieszamy sosy – lemonkowy z cukrem i rybim. Trudno podac mi proporcje, ale sprobojcie 1 lyzeczke sosu rybnego na 4 z lemonki. Nie wiem, jak zachowa sie ta mieszanka z sokiem cytrynowym, mysle, ze da bardziej kwasny smak, wiec dodajcie mniej. Pamietajcie o chilli, ktore zmieni jego smak no i o cukrze, ktory zlagodzi kwasnosc. Sprobujcie przed dodaniem, zaden smak nie powinien przewazac, mozna dodac troche wody jesli jest za mocny.

5. Mieszamy wszystkie skladniki razem i polewamy makaron, ktory powinien wchlonac smaki.

Powinno to wygladac tak:

Mozna dodac do tego rozne skladniki, ktore samemu sie wybiera –  krewetki, grzyby (delikatne w smaku), kawalki parowki, paluszki z kraba, malze, nozki kurze, a dokladniej ta chrzastka ze stop… ten ostatni dla odwaznych.

Mozna dodac co sie lubi, kawalki ugotowanego kurczaka pewnie tez sie nadadza. Inne popularne dodatki to male pomidarki, te malo kwasne, i prazone orzeszki ziemne (bez soli).

Wydaje mi sie, ze tajskie sosy i przyprawy mozna kupic w wiekszych supermarketach – Almie albo Piotrze i Pawle. A jesli nie mozecie znalezc, moze sprobowac kupic online?

Pozwolenie na prace

W koncu dostalam. Hurra! Co to oznacza? Ze nie musze juz martwic sie o przedluzanie wizy, jezdzic do Immigration Office, zdawac bezsensownych egzaminow i robic tzw. visa run.

Ah, visa runs. Kiedy robilam to po raz pierwszy, nawet sie cieszylam. Oznaczalo to wycieczke do Laosu, ktory odwiedzalam wtedy po raz pierwszy. Pewnego dnia przyszlam do szkoly i uslyszalam „dzisiaj musisz jechac do Laosu i zlozyc podanie o wize. Wszystkie dokumenty przygotowalismy. Wez paszport i 2000 baht.”

Tak i zrobilam. Razem z kolezanka w takiej samej sytuacji pojechalysmy na dworzec, gdzies na drugim koncu Bankoku. Poprosilysmy o bilet na kuszetki ale okazalo sie, ze dostepna jest juz tylko 3 klasa. Jak wyglada trzecia klasa? Raczej kiepsko. Male, waskie drewniane laweczki i dziury po usunietyh permanentnie oknach. Wiatrak pod sufitem. Waski orytarzyk. Mniej wiecej tyle. Wymizerowani ludzie, ktorzy juz dosc mocno okupowali miejsca, niektorzy juz spali. Przed nami 12 oficjalnych godzin podrozy, co w praktyce oznacza 15.

Mysle, ze gdzies okolo 23.00 stwierdzilam, ze juz nie dam rady i polozylam recznik na przejsciu, po czym poszlam spac. Wiatr wiejacy przez dziury z kazdej strony powodowal, ze nie bylo sie w stanie rozmawiac, slyszec ani zasnac. Lomot byl przerazliwy, dudnienie kol zagluszalo wszystko. Okolo 5.00 nad ranem obudzil mnie dziwny deszcz. To insekty, glownie koniki polne i inne robaki, zaczely wpadac przez okna i spadaly na podloge. Na szczescie juz powoli dojezdzalismy.

Wyszlam z wagonu ledwo zywa, zeby zostac zaatakowana przez liczne tuk-tuki i kierowcow probujacych wyrwac sobie pasazerow. Dotarlismy do granicy w Nong Khai, gdzie po prostu konczyly sie tory. Teraz trzeba bylo dojechac do granicy i przekroczy Most Przyjazni, ale po drodze zalatwic jeszcze formalnosci- wypelnic aplikacje o wize do Laosu, zrobic zdjecie i kupic bilet na Most. Za kilka dodatkowych setek baht kazdy z tych kierowcow nam pomoze. W koncu wybralysmy jednego i zostalysmy zawiezone do malenkiej kanciapy pelniacej role biura i zakladu fotograficznego. Zostalam postawiona przed biala sciana, pstryk! i gotowe. Zdjecie paszportowe bardziej pasowalo do plakatu „Poszukiwana/poszukiwany” ale w tym moemncie mialam wszystko gdzies. Wypelnilam, podpisalam, wsiadlam do kolejnego tuk-tuka, zeby potem przesiasc sie do minibusa ktory zabral nas do przejscia celnego. Tam obowiazkowe wyjscie, wszyscy staja w kolejke, podaja paszporty, placa dolarami, kolejne okienko, pieczatka, papierek i placenie. W koncu mam, jest wiza, idziemy do kolejnego przejscia granicznego, tym razem juz po stronie Laosu. Identyczna procedura, pieczatka, papierki, placimy i nareszczie jestesmy w Laosie. Tym razem wsiadamy w songteaw, taki wiekszy pick up z laweczkami, ktory zawiezie nas do Vientiane, stolicy Laosu.

Docieramy do stacji autobusowej, gdzie tym razem czekaja koniki z hotelow. Kazdy oferuje najlepszy, najtanszy i najbardziej popularny. W praktyce okazuje sie, ze wszystkie sa w sumie na tej samej ulicy, nad brzegiem Mekongu. Prysznic, drzemka i w koncu ruszamy do miasta. Vientiane musi byc chyba najmniejszya stolica swiata, a na pewno jedna z najmniejszych. Cicha, wrecz wyludniona, jesli nie liczyc tlumow turystow, ktorych jest tu chyba wiecej niz mieszkancow. Isntnieje powiedzenie, ze w Vietnamie sieja zboze, w Kambodzy je uprawiaja a w Laosie patrza jak rosnie. Duzo w tym racji, ale szybko rozumiem skad ta cisza. Upal. Upal zabijajacy energie do zycia i chec zwiadzania.

Znajdujemy schronienie w Skandynavian Bakery, jednej z wielu kafejek, ktore otworzyli tu mieszkajacy expaci. Po przekroczeniu progu znajduje sie w chlodnym, minimalistycznie urzadzonym wnetrzu oferujacym swieze ciasteczka, mocna kawe i hamburgery z frytkami. Zamawiamy jedzenie i czytamy gazete. Vientiene Times ma cztery strony, z czego pierwsza to ogromne zdjecie usmiechnietej, bezzebnej staruszki. Towarzyszy mu artykul o tym, jak owa pani znajduje swietne zrodlo protein jedzac 7 rodzajow pasikonikow i szaranczy. Pani opowiada jak i kiedy najlepiej lapac dany gatunek. Pamietam moze ze trzy – rano,przed wschodem slonca, kiedy maja mokre sklejone skrzydelka. Inny gatunek dobrze lapal sie wsiatke. Trzeci znowu lepiej bylo lapac po zachodzie slonca. Laos to kraina mlekiem i miodem plynaca, darmowe jedzenie po prostu skacze po lace. W srodku masa ogloszen drobnych, glownie cudzoziemcow szukajacych znajomych, domow, oferujacych rzeczy na sprzedaz i lokale do wynajecie. Ostatnia strona to wiadomosci sportowe i dowiaduje sie, ze narodowa druzyna pilkarska Laosu stracila trenera. Pytanie kto bedzie nowym.

Pytanie, od kiedy laos ma druzyne pilkarska? Do dzis zaluje, ze nie zachowalam tej gazety. Wiza okazala sie byc formalnoscia. Wielogodzinna kolejka i czekanie, pieczatka, papier i rachunek. Kolejne visa runs juz nie byly taka atrakcja i takim zaskoczeniem, staly sie smutna koniecznoscia. No ale przez kolejne dwa lata nie musze sie martwic. I omijam juz pociag z daleka. Autokar lub samolot. Inna opcja nie wchodzi w gre.

Kawalek zachodu w Bankoku

Kidzonia. Dziwna nazwa, nic nie mowiaca; trudno zgadnac, czegos sie spodziewac. Wjezdzamy na 5 pietro luskusowego centrum handlowego w Bangkoku i nagle znajduje sie… no wlasnie, gdzie? Troche przypomina mi to Rodeo Drive w Los Angeles, troche Londyn, troche inne miejsca, w ktorych bylam, ktore widzialam, nawet trudno uzmyslowic sobie, ktore dokladnie. Jest wybrukowany kocimi lbami trotuar, sa stare latarnie uliczne, deptak, ludzie siedza i czytaja gazety, sacza kawe z plastikowych kubkow. Z goracego, parnego Bankoku weszlam w chlodny, rzeski wieczor, taki pozny sierpien, okolo 19.00, kiedy sciemnia sie i caly swiat jest w kolorze indygo.

To wlasnie Kidzonia. Czyli miejsce, gdzie dzieci (dorosli czesto nie maja wstepu) moga poznac swiat poprzez zabawe, wcielic sie w wiele rol. A ten swiat jest zadziwiajaco zachodni. Mamy wiec szpital, gdzie dzieci sa na obchodzie; bank, w ktorym dostaja pieniadze, ktorymi moga placic w restauracjach, amerykanskie kino, gdzie moga sie stac gwiazdami na czerwonym dywanie lub boys bandem; moga pracowac w telewizji lub byc DJem radiowym, projektowac i dekorowac domy meblami z Ikei; skoczyc z przyjaciolka na sushi zaraz po tym jak zrobia manicure. To wszystko pod sztucznym „niebem” z bialymi chmurami i specjalnym swiatlem, ktore imituje naturalne.

Moje pierwsze wrazenia – rzesko. Nareszcie! Znika parne powietrze, pot, zapach kanalow i sciekow. Oddycha sie lekko i latwo, nie jest zimno, nie jest upalnie, jest idealnie. Po drugie – zachod brzmi inaczej niz Bankok. Nie zdawalam sobie z tego sprawy, az do teraz, kiedy to slysze gwizdki policjantow i syrene strazy pozarnej. To „strazacy” pedza do plonacego domu w Londynie, na ktory wespna sie, zeby ugasic „pozar”. Trafiam do domu, po prostu domu. Takiego z salonem, kuchnia i pokojem zabaw. No i lazienka z wielka, naroznikowa wanna, wypelniona pileczkami. Nie zapominajmy, ze dzieci lubia sie bawic i ze ten swiat bedzie dla nich bajkowy. Ja siadam na sofie i po prostu siedze. Jest lampka i radio na stoliku obok, kilka obrazow na scianie, regal z ksiazkami. Salon, jakich wiele w swiecie zachodu, ale calkiem inny niz tajskie. Potem ide do kuchni. Jest kuchenka gazowa, sa szafki na scianie, zlew, wszystko wyglada tak jak powinno. Mamy nawet miski i sztucce, ekspress do kawy, toster. Tajowie bardzo czesto nie maja w ogole kuchni w domu, zywia sie na ulicy lub gotuja przed domem, na butli z gazem. Jak powiedziala kiedys mi pewna Tajka „jesli cos trzeba gotowac dluzej niz 10 minut, to nie jest to tego warte”. Gotowanie to szybkie smazenie w woku, zupa, makarony z warzywami, nic co wymagaloby duszenia, podsmazania, pieczenia i uzywania kilku garnkow czy patelni. Wiec nawet jesli kuchnie istnieja, wygladaja zupelnie inaczej niz nasze. Nie ma kuchenek gazowych, nie ma wiszacych szafek. Pod blatem z kafli sa po prostu drzwiczki wprawione w mur. Lodowka, bardzo czesto w pokoju jadalnym lub duzym, jest z nieznanego powodu mi traktowana jako mebel salonowy. Oczywiscie, w wielkich, nowoczesnych domach zdazaja sie prawdziwe, zachodnie kuchnie, ale najczesciej bedzie to po prostu mikorofalowka i dwa palniki podlaczone do butli.

Duzy pokoj mnie wciaga. Wygodny, miekki fotel, wlochaty dywan. Mam wrazenie, ze zaraz uslysze telewizor zza sciany, jakis niewyrazny dzwiek wiadomosci a moze popularnego show. Mam ochote wstac i zrobic herbate z cytryna, kanapki. Jednak zamiast tego ruszam sie, ide dalej. Mijam restauracje, kawiarnie, pralnie chemiczna i wypozyczalnie samochodow. I nagle – agencja posrednictwa pracy. Serio? Dla dzieci? Przeciez one jeszcze nie szukaja pracy, wiec po co? I jak zrobic z tego zabawe?

Nagle tesknota za zachodnim swiatem mija. Praca, CV, rozmowy kwalifikacyjne, wiecznie udowadnianie, ze jest sie dobrym, najlepszym, walka o przetrwanie. Za tym nie tesknie w ogole. Powoli musimy wracac. Jeszcze raz ide „do domu” i siadam na kanapie. Mam ochote tu zamieszkac, ale chyba sie nie uda. Wychodzimy i wkraczam w parny, sloneczny i ulewny dzien. Gdyby tak mozna by polaczyce te dwa swiaty w jeden idealny.