Archiwa kategorii: Zycie codzienne

Jak to się robi w Manchesterze.

 

image

Wracam tylko na chwile, zeby sie pozegnac. Weszlam na strone po dlugiej nieobecnosci i dopiero od czytalam kilka koemntarzy I wpisow. Dziekuje bardzo za pamięć, nawet nominacje.

wiem, mialam wrocic za chwile, ale zycie mnie dopadlo. Albo autyzm mojego syna. Jestem juz kilka dobrych tygodni po diagnozie I doszlam do siebie, na tyle, zeby moc o tym mówić, zeby jakos sie ogarnac. Najpierw byly podejrzenia, potem szukanie lekarzy, potem czekanie na wizyty, pierwsze ogledziny, w koncu ta oczekina wizyta i opinie. I niestety, to co podejrzewalam. Calosciowe zaburzenie rozwoju inaczej niezklasyfikowane. Brzmi strasznie, prawda?

myslalam, ze bede przygotowana na te wiesc, ale jednak nie bylam i troche zajelo mi dojscie do siebie. Wracam teraz na chwile, zeby sie pozegnac. Za 5 dni wyjedzamy do Manchesteru, na stale, mam nadzieje, ze terapie mowy i wczesna interwencja pomoga.

Boje sie strasznie, nowe miejsce, nosi ludzie, nigdy tam nawet nie bylam. Szukanie pracy, domu, przedszkola, czekanie na angielskie opinie lekarskie, to malo fascynujacy temat na bloga. Po staram sie zamieszkac jeszcze jeden, ostatni wpis z moim osobistym, subiektywnym prewodnikiem po Bangkoku. Postaram sie tez odpowiedziec na pytanie, ktore czesto dostaje. Co sie oplaca, gdzie pojechac, co zobaczyc, co kupic I co sprobowac.

Do uslyszenia

image

 

Reklamy

Ogród królowej Sirikit, czyli trochę słońca z Bangkoku

Bangkok to ogromne, zakurzone i gorące miasto, które potrafi zmęczyć. Krótkie wyjście, wycieczka, zwiedzanie czy zkaupy powodują, że chce się na chwilę przysiąść gdzies na trawie, napić, odpocząć, ale takich miejsc praktycznie nie ma. Jest Lumpini Park, który bardzo lubię, z jeziorkiem i ogromnymi jaszczurami, które nagle wychodza z wody. Jest Jajutak Green, park zaraz obok weekendowego targu Chatuchak, który znajduje się na liście do zobaczenia większości turystów. Takich miejsc przydałoby się więcej. Tajlandia mogłaby wyglądać jak rajskie ogrody przy odribinie wysiłku, z niesamowitymi kwiatami, intensywnymi kolorami i piekną roślinnością, niestety zamiast tego mamy suche chwasty, śmieci wzdłuż dróg i beton.

Wczoraj szkoła zabrała nas do ogrodu im. królowej Sirikit, znajdującego się tuż obok parku Chatuchak, tak – jeden park obok drugiego, choć ten drugi trochę ukryty, schowany z tyłu. Po krótkim praniu mózgu i oglądnięciu filmu wideo o wspaniałej parze królewskiej, w końcu byliśmy wolni i mogliśmy pobiegac w słońcu. „Zima” zniknęła dosłownie z dnia na dzień i upał znowu zaczyna doskwierać. Wszystkim szykującym się do przyjazdu i tym, którzy siedzą w zimowych pieleszach, przesyłam trochę słońca.

Co tam, panie, w polityce?

Wczoraj musiałam pojechać do urzędu emigracyjnego żeby zrobić tzw. 90 dni, czyli małe meldowanko, które robi się właśnie co 90 dni – wciąż tu jestem, wciąż legalnie.

A że mieszkam na dalekich przedmieściach Bankoku to podlegam pod urząd emigracyjny tychże, nie tego głównego w centrum, lecz znajdującego się na dalekim wypiździewie, po prostu. Wsiadałam w taksówkę i pół godziny później byłam w miejscu, które przypomniało mi o podróżach, o tej Tajlandii, którą pamiętam sprzed kilku lat, kiedy miałam dużo płatnych wakacji i mogłam włóczyć się pociągami i autobusami.

Tajlandia, która jest nagle w innej czaso-przestrzeni – wolna, rozciagliwa od żaru i upału, lekko zaspana. Czas płynie wolniej, ludzie śpią w hamakach, kimają na motorkach swoich przenośnych straganów, sprzedają kawę w plastikowych reklamówkach wypełnionych lodem, taki tajski odpowiednik Starbucksa i take away’a. Lokalsi uśmiechają się na widok falangów, czasem patrzą zadziwieni, obserwują nas jakbyśmy byli przybyszami z kosmosu. Wszystko jest przykurzone i stare, farba obłazi, rdza zżera, plastikowe torebki zwisające z wiatraków pod sufitem, kręca się w kółko nad straganami, odganiając muchy.

I właśnie wczoraj znowu poczułam ten klimat i zapach, którego nie umiem określić, ale mi wszystkie miejsca i podróże kojarzą się z zapachami. Czasem, jakaś delikatna nuta zapachowa potrafi przypomnieć momenty sprzed kilku lat, sutyacje i miejsca. Wczoraj, z jakiegoś dziwego powodu, poczułam się jakbym była w Krabi, gdzie jest takie przedziwne miejsce, otwarte muzeum pokazujące piekło i czyściec, w którym monstrualnej wielkości dziwne, kiczowate rzeźby wyginają się w cierpieniach, a diabły nadziewają na widły grzeszników.

Odstałam swoje 15 minut w kolejce, otoczona głównie emigrantami z Birmy – spracowanymi, spalonymi słońcem, spoconymi, przygnębionymi. Niedawno, tak z dwa lata temu, skończyłam drugą magisterkę w Lodynie  – Polityczną ekonomię konfliktu, przemocy i rozwoju, i wraz z moja grupą musieliśmy przygotować prezentację na temat wybranego kraju przeżywającego wlaśnie konflikt lub wojnę domową. Prezentowaliśmy Birmę i teraz, za każdym razem widząc Birmańczyków, próbuję zgadnąć, przez jakie koszmary musieli przebrnąć, żeby znaleźć się tu, w tej kolejce, szukając pracy za grosze, pozwalając się wykorzystać, bo nie mają innych opcji. A w dodatku w Tajlandii wciąż iskrzy i zgrzyta.

Sytuacja nie zmieniła się przez ostatnie kilka tygodni i na pewno nie zmieni się do lutego, kiedy to mają odbyć się wybory. Czytam różne strony mądre, poświęcone temu tematowi i wszystkie mówią mniej więcej to samo. Sytuacja jest napięta, w lutym nastąpi kulminacja, ale nie wiadomo co będzie. Niektórzy starają się przewidzieć rozwój wypadków, ale myślę, że w przypadku Tajlandii to trochę jak zgadywanie, bo jest tu jeden bardzo nieprzewidywalny czynnik – Tajlandia. Tajska logika i tajski czas – te określenia szybko wchodzą do słownika osób, kóre tu zamieszkują. Logika – jesli coś jest nielogicznego, to na pewno będzie uznane za słuszne. Czas – gumowy, rozciągnięty, zawsze opóźniony. To przecież kilka dni temu chciano zająć ZOO w ramach akcji protestacyjnej, ale gdy cały Internet złapał się za brzuch ze smiechu, zrezygnowano z tego pomysłu. Tak, ZOO jest kluczowym obiektem w rozgrywce politycznej obu stron.

Tajlandia stoi właśnie na rozdrożu i nie wiadomo co będzie. To nie tylko Taksin vs. demokratyczny rząd i miłościwie nam panujący, to także ASEAN zbliżający się wielkimi krokami. Za rok Tajlandia powinna być zwarta i gotowa, żeby przystąpić do tej Unii Azjatyckiej a myślę, że bedzie targana personalnymi wojnami i walką o władzę, która będzie rosła proporcjonalnie do stanu zdrowia króla. Czasem myślę, że to początek końca Bankoku jaki znamy, czasem myslę, że to przesada. Tajlandia i jej plaże wciąż będą przyciągać masy turystów, piekne kobiety wabić spragnionych miłości mężczyzn a manpeilaizm oferować odskocznie od zachodniej kultury, kryzysu i wyścigu szczurów. Mam nadzieję. I za to właśnie wypijmy capuccino z zielonej herbaty.

Noworoczny spacer z Alexem

Ostatni tydzień spędziłam z Alexem w domu i jestem wykończona. Niestety, chyba nie docenił moich starań o tradycję świateczną i nie tknął nawet ani jednej potrawy, ale czas spędziliśmy miło. Codziennie rano zaczynaliśmy dzień od spaceru po naszym osiedlu i dziś chciałabym Wam pokazać, jak wygląda tajski mooban.

Zaczynamy od decyzji, w którą stronę pójdziemy najpierw – w prawo czy lewo, aczkolwiek, nieważne co wybierzemy i tak odwiedzimy wszystkie ulubione miejsca Alexa. Zadziwia mnie czasem jego pamięć przestrzenna, doskonała orientacja w terenie. Jeśli pójdziemy w lewo, najpierw zahaczymy o dom znajomej rodziny z Birmy, która mieszka na końcu ulicy. Mają kilkoro dzieci, więc zawsze przed domem leżą zabawki, piłki, stoją rowery. A do tego mają sporo donic z lotosem, całe zatopione w wodzie, w której dodatkowo pływają rybki. Jaka to frajda połapać te malutkie rybki. Potem biegniemy do domu Annette, tuż za rogiem, która ma ładny ogródek i kwiaty wylewające się na ulicę. Anentte pracuje ze mną, jest tu już 7 lat i zostanie na zawsze. Wraz z  mężem porzucili życie w RPA, ściągnęli syna i pracują razem w szkole. Ich dom jest więc bardzo „domowy”, zadbany, z prawdziwą, zachodnią kuchnią, czyli piekarnikiem i wiszącymi szafkami – prawdziwy luksus. No i jest ładny ogródek z zachodnimi kwiatkami. Nie są rewelacyjne, nie orientuję się co to za gatunek, tylko takie zwykłe, kolorowe stokrotki – małe, chude, wypłowiałe, bardzo niepozorne na tle tajskich pięknych kwiatów, lilii, kolorowych, ogromnych roślin, ale za to – swojskie. I Alex, z jakiegoś pwoodu bardzo je lubi. Muszę wąchać wszystkie, a potem szybko zabierać stamtąd, zanim zacznie zrywać je z krzaka. A potem gnać za nim dalej, bo Alex nie chodzi, Alex biega.

Dalej biegniemydo cegły. Taka zwykla cegła, pustak, używana do podtrzymania bramy, żeby się nie zamykała. Z jakiegoś powodu bardzo fascynująca. Alex próbuje ją podnieść, przesunąć, potem siada przed nią, patrzy na nią zamyślony i wstaje, żeby pobiec dalej. Rutyał powtarzaliśmy codziennie, zawsze z ta chwilą zadumy na koncu i zastanawiam się, czy to przypadek, czy on kogoś naśladuje. Ale już go nie ma, już biegnie do maszyny na wodę. Maszyna na wodę sprzedaję oczyszczoną wodę pitną  – 1 baht za 1 litr, czyli w Polsce byłaby to złotówka za litr. Przynosi się własną butlę i nabiera, to nie jest automat na napoje, a alternatywa dla wody z kranu, która nawet po przefiltrowaniu jest ohydna, a przy okazji zdecydowanie tańsza niż w sklepie, gdzie butelka wody pitnej kosztuje 5 baht za litr, taka najtańsza opcja, a przeciętnei 10 baht. Alex uwielbia otwierac i zamykać drzwiczki tek masyzny, musze go trzymać na rekach i cierpliwie czekać 15 minut aż mu się znudzi, albo po prostu ruszać dalej, bo rzadko mu sie nudzi. Więc w końcu pomimo jego protestów, ruszam w kierunku placu zabaw i w końcu mogę na chwilę przysiąść.

Mamy zaprzyjaźnione mamy i dzieci, ale wciąż jestem znana jako falang. Alex za to znany jest wszystkim po imieniu, jest takim małym, lokalnym celebrytą. Niestety łączy się to z tym, że jest dotykany i macany i specjalnie nie lubi tej uwagi, co chwila słyszę więc wnerwiony jęk i widzę jak wyrywa się kolejnej pani. Ale najczęściej udaje nam się trochę pozjeżdżać an ślizgawce, pobawić w piasku, pobujać w komunalnym hamaku i zakręcić huśtawką w, a potem ruszamy do studzienki kanalizacyjnej i wrzucamy kamienie do ścieków. Trwa to niestety długo i jest to ulubione zajęcie Alexa,  niestety, bo ściek śmierdzi straszliwie. Ma bardzo specyficzny zapach i trudno mi go opisać, ale myślę, że wszyscy, którzy odwiedzili Tajlandię, doskonale go rozpoznają. Pozwalam mu to robić, bo gdzieś tam, na dnie mojej nauczycielskiej głowy tłumaczę sobie, że w sumie to taka pierwsza lekcja „fizyki”. Ruch, kierunek, pluskająca woda, za duże kamienie, za małe kamienie. Widzę, jak inne matki patrzą na mnie z dezaprobą, na szczęście zawsze mogę to zrzucić na zachodnie dziwactwa. A czasem udaje się nam zwerbowac inne dziecko i wtedy juz nie wyglądam głupio.

W końcu odbiegamy od studzienki i teraz idziemy do budki strażnika. Każde osiedle w Tajlandii ma portiernię, nie ważne czy bogate, czy nie, dozorca i budka jest. Podnoszą szlaban, łąpią taksówki, naprawiają, podlewają trawę, poza tym siedzą cały dzień z mieszkańcami i popijaja piwko. Przynajmneij w tych beidniejszych miejscach, bo w tych wyasionych moobanach juz nie. No i dbają o spirit house, który każdy szanujący sie mooban (osiedle) posiada. Co to jest spiryt house? Taki mini ołtarzyk, domek na kurzej nóżce, gdzie składa się ofiary duchom, które zamieszkują w tym domku zamiast w naszym domu – jedzenie, picie, kwiaty. czasami wygląda to komicznie – butelki coli, piwa, kawa na wynos, słodycze. Mój mooban nie jest za duży, wręcz bardzo malutki, za to spirit house jest wielkości powalającej. Mamy tam i figurki słoni i koni, zebry, żółwi i kurczaków, które dumnie bronią wejścia na schody wiodące do samego już spirit house. Masa złota i błyskotek świecących w słońcu. Alex oczywiście uwielbia te zwierzaki i je dotyka, a ja pozwalam mu na to, choć mam wrażenie, że nie jest to do końca miło widziane. Nigdy jednak nie usłyszeliśmy nie, więc głaszczemy te zebry i konie, żółwie i kury i dalej ruszamy na drugi, przeciwległy koniec moobanu, tam gdzie w murze znajduje się dziura i brama do slumsu.

Po drodze jednak zatrzymamy się, żeby pogłaskać każdego psa i kota, który nie będzie przed nami uciekał, a jeśli będzie – bedę musiała próbować je wyciągnąć spod samochodów, gdzie sie skrywają. Alex będzie próbowal ściągać pranie ze sznurków, wskakiwac do kałuży, bedziemy czytać numery na tablicach rejestracyjnych, obrywać sztyczne wisienki zdobiące zakład fryzjerski (neistety Alex jest szybszy niż ja), turlacniznane mi okrągłe owoce lub orzechy zalegające na ziemi, zbierać opadające kwiaty i puszczać je w donicach z wodą. Potem będziemy przeciskac się przez wąskie przejście między parkingiem a żywopłotem i niestety ja muszę też, a jeśli serio się nie da, to ryk jest straszliwy. W końcu dobijamy do dziury i bramy slumsu i tu zawsze próbujemy pogłaskać dwa zawszone kundle, które nie są najbardziej przyjazdne. Próbujemy to za dużo powiedziane, bo próbuje on, a ja próbuję go zabrać i wytłumaczyć, że tych dwóch psów nie należy dotykać. W końcu psy same uciekają. Wtedy zostają nam wisienki do rozdeptywania, dzikie czerwone pypcie,których bym nie tknęła, a Tajowie jedza tak jak my czereśnie. Niestety sezon się kończy i coraz mniej wisienek na drodze, a taka to frajda je deptać.

I powoli wracamy do domu, jesteśmy już na drodze prowadzącej do zakrętu, która nas zabierze do domu. Oczywiście po drodze są jeszcze bardzo ciekawe rzeczy – wyschnięte psie kupy, puste butelki, pety, porzucone śmieci i inne skarby. Nad bramami domów dyndają ozdobne koraliki, wiatraczki, sztuczne motyle i balony, w bramach siedzą znudzone staruszki wolające Alexa, matki z dziećmi. W końcu już wracać czas, minęły dwie godziny od wyjścia. Jutro zrobimy nowy obchód tą samą trasą.

Ten blog oraz wiele więcej postów podróżniczych znajdziesz na

…………………………………………………………………………………………………………………………….

Zdradzona.com

Forum dla osób zdradzonych, podejrzewających zdradę lub tych, które przez nią przeszły

Święta jaśminem pachnące

jaktosierobiwbankoku

Święta zawsze powoduja, ze czuję tęsknotę za domem, za rodziną, świąteczną atmosferą, śniegiem, kolejkami po karpia i zapachem choinki.  Które to już święta poza domem? Nie zliczę. Ile razy tęskniłam tak za smakami i zapachami? Już nawet nie pamiętam. A tu zamiast śniegu mamy tajską zimę czyli 17*C rano i przysięgam, trzęsę się z zimna, bo to tak z dwadzieścia mniej niż zazwyczaj. Choinki stoją, a jakże – wszelkie centra handlowe prześcigają się w postawieniu większej i wyższej, a szał zakupów ogarnia wszystkich – falangów i niefalangów. I na tym już chyba koniec podobieństw.

Tajlandia obchodzi Boże Narodzenie w przedziwny sposób. Szkoła oklejona jest dosłownie ozdobami, bombkami, świecącymi lampkami i łańcuchami. Figurki Mikołaja i bałwanów wylewają sie z każdej sali a jutro każda klasa zaprezentuje piosenkę świąteczną. Są to głównie komercyjne hity z hollywoodzkich blockbusterów, bo o kolędach nikt tu nie słyszał, tak samo jak nikt nie utożsamia tu świąt z religią, nawet w taki banalny sposób jak szopka czy pasterka. Nie ma co się dziwić – oni pewnie czują się podobnie widząc nas obchodzących ich buddyjskie święta, nie mających pojęcia o co naprawdę w nich chodzi. A jutro, 24tego tylko ja będę świętować, bo reszta nauczycieli czeka na środę i czwartek, na indyka lub barbecue, w zależnosci od tego skąd są, na wyjazd lub imprezę. Nikt nie będzie dzielił się opłatkiem, nikt nie złoży mi życzeń imieninowych.

Moje pierwsze święta poza domem były w Stanach i pamiętam jak bardzo zniesmaczyła mnie ich skomercjonalizowana otoczka. Ogrome choinki, domy migoczące od lampek, bombek i wieńcy, prezenty, prezenty, jeszcze więcej prezentów. Teraz dałabym dużo, żeby przeżyć takie święta i poczuć tamtą atmosferę, usiąść przy stole z innymi i cieszyć się chwilą. Jak to się pięknie mówi- mądry Polak po szodzie.

Kilka dni temu zdałam sobie sprawę, że zamiast siedziec i smucić, teraz moja kolej na tworzenie niezapomnianych świąt i atmosfery radości i bliskości, wypełninia domu smakami i zapachami, które na długo zostaną w pamięci Alexa, za którymi będzie kiedyś tęsknił i którym nikt nie dorówna. Więc rzuciłam się do sklepów w poszukiwaniu świeczki zapachowej lub czegokolwiek co pachniałoby jak choinka lub sosna, ale niestety – porażka. Jedyną rzeczą, która znalazłam była mała świeczuszka o zapachu lasu w japońskim sklepie, gdzie wszystko kosztuje 60 baht (czyli super taniocha) – i niestety, świeczka nie pachnie niczym. I tu znowu zaczęłam burczeć, jaka to niedola, jak ja mam tu tworzyc niezapomniane święta, skoro nie będzie zapachu choinki. Na szczęście opamiętałam się w porę i zamiast próbować odtwarzać swoje wspomnienia z mizernym skutkiem, zaczęłam tworzyć nowe, „lokalne”.

Alex będzie miał więc święta fusion, pachnące zapachami z moich podróży i smakujące tym, co polubiłam najbardziej w różnych krajach. Będą mieć więc zapach jaśminu, a tajski jaśmin pachnie obłędnie. Jest piękny, ogromny, całkiem inny niż polski czy europejski, wręcz zniewalający. Choinka na szczęście jest, Tesco i masa innych sklepów oferuje sztuczne drzewka od koloru do wyboru (tak, tak, Tesco, to samo, które jest w Polsce), kolędy ściągnięte z netu. Dzisiaj udało mi się zdobyć buraki, więc będzie barszcz, a dodatkowo koleżanka obdarowała puszką kapusty kiszonej, więc od wczoraj pichcę bigos. Nigdy jakoś nie byłam fanka bigosu, ale darowanej kapuście w zęby się nie zagląda, bigos całkiem, całkiem, a jeszcze na pierogi z kapustą i grzybami zostanie, więc  jestem wręcz porażona nadmiarem szczęścia. Pierogi będą miały akcent azjatycki, a dokładniej chyba koreański, bo użyję gotowych skórek gyoza, które smaży się, a nie gotuje. Zamiast karpia będzie grillowana ryba nadziewana trawą cytrynową, cała otoczona w gruboziarnistej soli a potem  upieczona na grillu. Nie wiem co to za gatunek, ale generalnie obłęd. Sałatka jarzynowa już się przegryza, a zamiast ogórka kiszonego dodałam kapary. Rewelacja. Że też ja nigdy na ten pomysł nie wpadłam, myślę, że kapary na stałe wejdą do mojego przepisu. Będzie też hummus i sałatka z cieciorki, grillowany bakłażan, ser halloumi z suszonymi pomidorami i marchewka po marokańsku. Najtrudniej z deserem, bo ciasta są tu kiepskie, ludzie nie pieką, a w domach nie uświadczy się piekarników. Będę musiała więc coś szybko wymyślić i wpadłam na pomysł, żeby serek kremowy połaczyć z bakaliami, miodem, może orzechami i sezamem, zrobić z tego małe kuleczki otoczone z płatkach migdałowych. Takie mini Raffaello, ale zdrowsze i mam nadzieję, zjadliwe. No i co? I chyba wystarczy, bo kto to zje? Mam wrażenie, że Alex nie tknie większości z tych rzeczy i skończy się tym, że trzeba mu będzie robic ryż smażony z warzywami. W sumie taki ryż to niegłupi pomysł. Łatwo zrobić, dostępny wszędzie, tani i postny. Ryż wigilijny?

Zdrowych i wesołych, rodzinnych i swojskich, pachnących i pysznych Świąt!

jaktosierobiwbankoku

Miłość w Bankoku

jaktosierobiwbankoku

Hahaha… Już słyszę ten sardoniczno-ironiczny, gorzki śmiech setek kobiet, które przybyły kiedyś do Bankoku i pomyślały, że miło by było znaleźć kogoś specjalnego, taka mała wisienka na torcie. Kilka tygodni później ze zdumieniem stwierdzają, że nikt specjalnie się nimi nie interesuje, a po 2-3 miesiącach pobytu, patrząc na kolejną parę cudzoziemiec-Tajka, dochodzą do wniosku, że miłość w Bankoku spotyka tylko mężczyzn. Mówimy tu oczywiście o mężczyznach z tzw. zachodu.

Ale czy to rzeczywiście prawda? Moja koleżanka właśnie dzisiaj wyszła za mąż, za spotkanego tu Taja i jest to druga taka moja znajoma para. Jest to bardzo rzadkie i wszyscy to przyznają, że Taj i cudzoziemka to dziwny widok i mało spotykana okoliczność. Moja pierwsza znajoma para tego typu wciąż żyje szczęśliwie w Stanach, mają dziecko, wychowują też jego córkę z pierwszego związku i są moim ulubionym małżeństwem. Znam jeszcze jedną parę, oboje ze Stanów, spotkali się tu,  po czym wrócili do domu razem, pobrali, pokonali przeciwności losu – on alkoholizm, ona nauczyła się żyć na nowo po utracie wzroku i jest instruktorką jogi. Mieszkają razem ze swoim tajskim psem, którego zabrali ze sobą, najpiękniejszą białą kulką puchu, jaką kiedykowliek widziałam. A więc jednak  trzy pary. Całe trzy pary, gdzie kobieta falang znalazła swoją miłość w Bankoku.

Ale, ale… Wiem, że mój blog czytają kobiety  z Tajlandii, więc może one coś dorzucą, jakiś ochłap no pocieszenie duszy? Bo  kiedy co jakiś słyszę pytanie od znajomych „spotkałaś może kogoś?” automatycznie patrze ze zdziwieniem i mówię ” W Bankoku?” na co słyszę: „no przecież nie każdy facet z zachodu chce być tylko z Tajką, muszą być jacyś, którzy chcą kobietę z zachodu”. Otóż nie, nie ma. Serio, uwierzcie mi. Te jakieś pojedyńcze przypadki potwierdzają tylko regułę, ze Bankok jest miejscem, gdzie kobiety z zachodu staja się „przezroczyste”, tracą swoją kobiecość i potencjał zostania dziewczyna, partnerką, żoną. Zostajemy koleżankami z pracy, znajomymi, kumpelami, wysłuchujemy opowieści o kolejnych podbojach, związkach, dziewczynach, zdradach i miłościach.

Właśnie teraz siedzę w pracy, nieopodal grupki moich znajomych nauczycieli, którzy zapomnieli się chyba, a może nawet mają to gdzieś, że jestem kobietą i opowiadają sobie o swoich dziewczynach, żonach i generalnie Tajkach. Pracując trzeci rok w tym kraju, jestem już do tego przyzwyczajona, przeszłam już przez okres zdziwienia, wnerwienia, buntu i prób walki przeciwko „systemowi”, zaakceptowałam fakt, że tak już tu jest i nie analizuję tego szczególnie, nie oburzam się, nie biorę osobiście.

Za to gdyby zapytać mężczyzn o miłość w Bankoku, odpowiedź byłaby całkiem inna – „Tak, tak oczywiście, najlepsze miejsce świata, sklep ze słodyczami; cud, miód, malina”. Na 26 mężczyzn, z kórymi pracuję tylko 2 nie ma partnerki Tajki, wiem, że szukają i jeden z nich ostatnio chyba kogoś spotkał. W mojej poprzedniej szkole było podobnie, jednyna różnica polegała na tym, że o ile w mojej szkole mam masę żonatych i  dzieciatych panów żyjących szczęśliwym życiem rodzinnym, tam miałam masę graczy i bawidamków, stałych bywalców Patpong, czyli dzielnicy czerwonych świateł, po prostu seks-turystów. Patrzyłam na tych gamoni i ofermy i nie wierzyłam własnym oczom. Wybaczcie moją niepoprawność polityczną, ale inaczej tego nazwać się nie da.

Faceci, których nikt nie chciałby tknąć w ich ojczystym kraju, nagle paradowali z nieziemsko pięknym, smukłymi, młodymi pięknościami, zawsze na wysokich obcasach i zrobionymi na bóstwo; których zadaniem było wzbudzenie zazdrości i podziwu  u innych facetów – „big wow, stary!” i „ten to ale ma laskę, pozazdrościć!”. I o ile w przypadku facetów to działało, to my, kobiety raczej wiedziałyśmy, że panie te sa z nim dla a) ich pieniędzy b) paszportu c) jednego i drugiego. Jasne, nie zawsze, zdarzały się szczere związki, ale w 99% była to właśnie taka sytuacja. I kiedy próbowałysmy im to powiedzieć, słyszałyśmy, że jesteśmy zazdrosne i że jak takie mądre jesteśmy, to pokażmy tego naszego faceta, i że oni już nigdy, przenigdy nie będą z kobietą z zachodu, bo jesteśmy brzydsze, grubsze, gorzej się starzejemy, a do tego mamy fochy, no i wymagamy. No i tu urywała się duskusja i nawet jak sobie w myślach mówiłyśmy – „i tak bym Cię nie chciała”, to po kilku miesiącach psycha siadała, samoocena jeszcze bardziej i można było spokojnie na kozetkę się kłaść, powtarzać sobie mantry „jestem super, fajna i w ogóle wow” a i tak nie pomagało. Na około mnie widziałam masę superfajnych, atrakcyjnych kobiet, które były w podobnej sytuacji i robiły dobrą minę do złej gry. Cóż innego pozostawało?

Na szczęście od czasu do czasu słyszę historie, które są miodem na moją duszę i powinnam słuchać ich częściej. O tym, że te piękne panie żądają pensji i jest to całkiem sporej. Tak z 30 tys. baht na miesiąc, choć cena waha się bardzo w zależności od części Tajlandii. I nie jest to pensja na utrzymanie domu, jedzenie i opłaty, to pieniądze na to, żeby owa pani mogła robić się na bóstwo i kupować seksowne ciuszki. O tym, że panie te, samozwańczo mianując się  „żonami”, dalej chcą być zapraszane, wożone, obsypywane prezentami i traktowane jak królewny, za co w zamian będą odgrywały uległe, zakochane i wpatrzoną jak w obraz. Że chcą spać tylko w pościeli z Hello Kitty (to moja ulubiona historia), bo Doremon kompletnie im nie pasuje  (Doremon to Tajska odpowiedź na różowego kotka –  niebieski, wnerwiający, muzykalny kot, pozbawiony za grosz seks appealu); i że w ogóle mają jeszcze kilku mężów, rozsianych gdzieś po świecie, ślących im pieniądze i naiwnie wierzących w ich tęsknotę i miłość. Wtedy czuję się lepiej, uśmiecham się pod nosem i konkluduję, że chyba wolę być samotna.

Acha, ten co tak pluł na grube, brzydkie kobiety z zachodu, został samotny i porzucony po tym, jak jego żona dostala paszport w Londynie i teraz niestety zmuszony jest poszukiwać wśród brzydkich i grubych Angielek. I dobrze mu tak, kara idealna, lepszej bym nie wymyśliła. A moja koleżanka, która miała dziś wyjść za mąż, niestety zrobić tego nie mogła, bo urzędnik, ten co to mógł ich pożenić, nie stawił się do pracy i kazali im wrócić jutro. Tylko w Bankoku.

Dzień jak co dzień: tango na boisku

jaktosierobiwbankokuDzisiaj, zamiast tradycyjnego aerobiku na moim osiedlowym boisku, pan uczył tango. Dziwny to widok, bo tango mało płynne było i strasznie kanciaste, ale jeszcze dziwniejsze było słyszeć tango śpiewane po tajsku. Mogłam to w sumie nagrać na video.

Dzień jak co dzień: Hej kolęda, kolęda!

koledaŚwięta za pasem, czas na kolędę… W Tajlandii, na moim osiedlu, odbywa się ona codziennie. Mamy stałego mnicha, tak jak sąsiednie osiedla mają swoich. Jego wizyta zaczyna się od krótkiej modlitwy przed bramą osiedlową, a potem obchodzi domy, gdzie dostaje jedzenie. Czy również pieniądze, tego nie wiem, nigdy nie zaobserwowalam. Za nim chodzi pomocnik, który ciągnie wózek wypełniony darami.

Bankok wrze

Z czym kojarzy się Tajlandia? Wyspy, rajska plaża, masaż, pyszne jedzenie, słońce i podróże. A co jeśli powiem król, Taksin, Czerwone Koszule i Żółte Koszule, przewroty i zamieszki? Wiele osób pewnie się zdziwi. Kłopoty w raju?
A tymczasem Bankok, który powoli gotuje się juz od długiego czasu, znowu kipi i wrze. Ostatnie dwa tygodnie przynosza coraz więcej demonstracji, protestujących i niepokoju. Oficjalne media Tajskie raczej milczą, ale coraz więcej zdjęć i informacji pojawia się w Internecie i na serwisach zagranicznych. Centrum miasta jest zatkane, tłum gęstnieje, chociaż aktualnie chyba trudno stwierdzić, czego domagają się protestujący.

Tak z grubsza – mamy króla Bhumibola Adulyadeja. Albo w całości :„Jego Wspaniałość, Wielki Pan, Siła Ziemi, Nieporównywalna Moc, Syn Mahidola, Potomek Boga Wisznu, Wielki Król Syjamu, Jego Królewskość, Wspaniała Ochrona” – Phrabat Somdej Phra Paramindra Maha Bhumibol Adulyadej Mahitaladhibet Ramadhibodi Chakrinarubodindara Sayamindaradhiraj Boromanatbophit. Król Bhumidol to całkiem inny rodzaj monarchy niż np. królowa Elżbieta, która jest symbolem Anglii i atrakcją turystyczną, ostatnim przyczółkiem angielskiego stereotypu o „ladies and gentelman” i 5 o’clock ale nie ma żadnej władzy. Król panuje niepodzielnie, jest czczony i poważany jak drzewiej bywało. O królu można mówić tylko dobrze, tylko z szacunkiem i tylko poważnie. Mało kto wie, że jest drugim najdłużej panującym monarchą na świecie, choć jest już bardzo wiekowy i bardzo schorowany, jego dni pewnie już policzone. O czym nawet pewnie nie powinnam mówić tu, na swoim blogu.

Mamy Taksina, byłego premiera, aktualnie na wygnaniu, który jednak wciąż ma wielką władzę i dyktuje warunki z oddali. Aktualnei znienawidzony za wszystkich za oszustwa podatkowe, to on znowu był przyczyna aktualnych protestów. Jego siostra, aktywna działaczka polityczka, domagała się wprowadzenia amnestii dla jego przestępstw, jednak tu, po raz pierwszy chyba wszyscy powiedzieli „Nie!” i senat obalił ten projekt.

Mamy Żółte Koszule i Czerwone Koszule – dwa przeciwstawne obozy polityczne, które wspierają jedną i druga stronę, rolników lub bogatych, demokrację lub reżim. I mamy przewroty polityczne, które są w Tajlandii codziennością, obalają jedne rządy, wprowadzaja nowe, które będą obalone później. Nawet jeśli sa przeciwko zgodnie wybranym rządom demokratycznym – myślę, że Tajlandia tak naprawdę nie rozumie demokracji. Aktualnie protestujący otrzymali to, czego chcieli – nie dla amnestii, czego więc chce tłum? Widać kilka pustych sloganów „Precz z reżimem Taksina” albo ”Niepodzielna władza dla króla”, ale serio nie znacza one nic. To bardziej obraz czegoś głębszego, ogólnego gniewu, który gdzies czai sie w ukryciu i tętni w tym społeczeństwie od długiego czasu. Korupcja, władza bogaczy, ogromne nierówności społeczne , tajska mentalność i charakter narodowy.

Chwilowo demonstracje są raczej pokojowe, ludzie maszerują, tłum czasami dobrze się bawi i wszystko wygląda inaczej niż w naszych zachodnich wyobrażeniach. Ale jednak wystarczy iskierka, żeby ten pozorny spokój zburzyć, zeby przyszedł gwałtowny wybuch i rzeczy wymknęły się spod kontroli. Ja mieszkając na dalekich obrzeżach Bankoku nie mam się czym martwić. Trudno tu nawet poczuć, że coś sie dzieje, wiele osób kompeltnie nie myśli o tym, nie interesuje się tym. W sumie to nic nowego, na całym świecie wojny toczą się non stop obok nas, a życie płynie dalej. Wciąż trzeba wstać i iść do pracy, a tu protestujący zablokowali drogi i nie ma komunikacji. Czytając fora lokalnych falangów widzę głównie komentarze typu „cholerni demonstranci, nie mogłem dzisiaj pójść na siłownię” albo „znowu zablokują lotnisko i Tajlandia będzie w plecy, turystyka im padnie”. I wtedy trafia mnie szlag. Trochę szacunku i zrozumienia – wszyscy kochamy Tajlandię, wszyscy kochamy tu żyć. Ale niedługo może okazać się, że nie jest tak pięknie, wygodnie i kolorowo jak byśmy chcieli.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z http://www.news.cn

40 lat minęło

Jak jeden dzień. Ta piosenka z Czterdziestolatka siedzi w mojej głowie i nie chce przestać grać. W sumie dobrze mi się kojarzy, bo z wakacjami u dziadków w Bydgoszczy, a Bydgoszcz po prostu uwielbiałam. Inżynier Karwowski miał rodzinę, żonę i dwójkę dzieci i budował nowe osiedla ku chwale i czci ojczyzny. Jednym słowem – sukces.
A ja? Nie mam żony ani dwójki dzieci, nie mam ustabilizowanej kariery i nie robię nic ku czci naszej zmęczonej ojczyzny. Ba, nawet nie mam nawet pojęcia co chcę robić, gdzie osiąść ani kiedy się to stanie. Więc 1:0 dla inżyniera Karwowskiego. Ale mieszkam w Bankoku, a nie na warszawskim Ursynowie (bo chyba tam mieszkał, nieprawdaż?) więc tu wygrywam. No i mój syn jest lepszy niż jego dwójka dzieci i rodzina razem wzięta.

Czy chcę czy nie, siadam i podsumowuję. Wiem, że nie powinnam, ale nie mogę przestać. Pierwszy raz podsumowywałam 10 lat temu, kiedy obchodziłam trzydziestkę i miałam jeszcze większą jesienną deprechę niż teraz. Moje małżeństwo się rozsypywało i oficjalnie rozstaliśmy się miesiąc później, mieszkałam w Londynie, którego nie lubię, nie lubiłam i lubić nie bedę i wiedziałam tylko, że tam zostać nie chcę, nie miałam kariery, ani pojęcia co, gdzie i kiedy zrobić ze swoim życiem. Więc w sumie wiele się nie zmieniło, z wyjątkiem tego, że pojawił się w moim życiu Alex i jest to najlepsza rzecz jaka mi sie przytrafiła. Ale z drugiej strony byłoby fajnie wymyślić szybko to gdzie, co i kiedy właśnie dla niego, żeby nie ciągać go po świecie i pozwolić mu zapuścić korzenie, stworzyć dla niego dom z psem, kotem, koleżankami i kolegami, przyjęciami urodzinowymi, świętami i wszystkimi dziecięcymi dodatkami. I tu już trudniej.

Więc siedzę i męczę swój kryzys wieku średniego, ale w sumie mam chyba prawo. Jeszcze tak z tydzień, a potem wezmę się w garść i będę zwarta i gotowa do dalszej walki z życiem. Obiecuję. Obiecuję bardziej sobie niż Wam. Jeśli się nie mylę, kolejna zwrotka z Czterdziestolatka mówi, że „to piękny wiek” i ponoć w ogóle życie zaczyna się po czterdziestce, więc kto wie, może nagle mnie olśni, wygram w totka albo życie zaskoczy mnie w miły sposób. Cud się zdarzy.

W sumie zaskoczyło mnie w sobotę, kiedy obchodziłam swoje urodziny z moimi znajomymi. Miał to być cichy wieczór w trójkę, a skończył się na dość szalonej imprezie z dwoma drużynami futbolu gaelickiego- jednej z Bankoku i jednej z Kuala Lumpur. Nigdy nawet nie słyszałam o piłce irlandzkiej, a tu proszę – impreza, nowi ludzie i do tego wszystkiego poznałam Izę, Polkę, która żyje i uczy w Malezji i była w Tajlandii ze swoją drużyną. Może to znak, że trzeba ryzykować, szaleć, nie myśleć, że stabilizacja jest fajna, i próbować osiągać rzeczy niemożliwe?

Mam nadzieję, bo w prezencie urodzinowym zafundwałam sobie forum Internetowe na spółkę z koleżanką. Zafundowałam to brzmi dumnie, naprawde zafundowała mi mama – dziękuję ci mamo! Mam nadzieję, że to dobra inwestycja. Trzymajcie kciuki, niech się uda. Niech w końcu coś wyjdzie, rozwinie się, trwa i rośnie. Serio potrzebuję jakiegoś pozytywu w życiu, żeby móc skąd czerpać siły. Przede mną zmiana pracy, a to wiąże się z przeprowadzką, szukaniem nowej niani, płaceniem depozytów i kolejnych procesów imigracyjno-wizowych, visa runs i tym podobnych przyjemności. I tym optymistycznym akcentem zakończę.

P.S. Futbal gaelicki brzmi całkiem interesująco. Połączenie piłki nożnej z rugby. Szybki i dynamiczny, fajnie by było kiedyś spróbować zagrać.