Archiwa kategorii: Szkola

Faszyn from Raszyn / Rangsit – niepotrzebne skreślić

Dzisiaj zabawię się w szafiarkę, ale nie bedę Mafashion czy Jessicą Mercedes, czy inną panią (przepraszam, jeśli pomyliłam imiona, nie było to celowe, mnie już, po prostu długo w kraju nie ma i nie jestem na bieżąco). Będzie to raczej Faszyn from Raszyn Rangsit albo moje spojrzenie na modę w Tajlandii.

Moda tajska to pewnego rodzaju paradoks. Patrzę na ciuchy tych kobiet i w 99% nie chciałabym tego nigdy założyć. Ba, nie założyłabym tego, nawet gdyby mi za to zapłacono. Patrzę na to, co sprzedaje się na rynku ale też w drogich domach towarowych i mogłabym codziennie wrzucać setki zdjęć pod tytułem : „czego nie nosić”. Dziwne angielskie nadruki, często z błędami, do góry nogami, bez sensu to jeden z trendów. Dość często widzę kobiety noszące kolorowe sukienki z kwatkami i koronkami, z wielkim logo AD/CD lub innymi nazwami metalowych zespołów. Oczywiscie, nei mają pojęcia, że to w ogóle coś znaczy. Inny, bardzo popularny trend, chyba najbardziej, to „bling bling” Błyskotki, paciorki, kolorowe szkiełka i sztuczne diamenty, zwisające breloczki na złotych łańcuszkach z dodatkowymi neonowymi efektami, cekiny i nity, najlepiej wszystko naraz. A na to jeszcze troche błyszczącej, plastikowej biżuterii.  I jeszcze trochę koronki i szydełkowy kołnierzyk, gdyby blingu było za mało. Tkaniny są chyba najbardziej przerażajace, bo sztuczne, stylonowo-nonironowe, łatwe do wyprania, strzepnięcia i wysuszenia, ohydne do noszenia. Kiedyś, jedna ze szkół w której pracowałam, szyła dla nas kostiumy i koszule, i cały zestaw był niestety ze sztucznej tkaniny. W tym upale i przy tej wilgotności miałam wrażenie, że jestem mokra i spocona non stop, nawet w klimatyzowanej klasie. Wydawałoby się, że wszystko będzie tylko z bawełny i naturalnych tkanin, niestety jest odwrotnie.

Ale pomimo tego wszystkiego, pomimo tych dziwnych kolorów, przykrótkich sukienek, sztucznych materiałów, plisowanych pstrokacizn ozdobionych złotym piórkiem i wiórkiem, Tajki wyglądają rewelacyjnie. Nie wiem dlaczego, ale tak jest. Może dlatego, że 99% z nich jest ultra szczupła i smukła i nie ważne co założą, wyglądają jak modelki? Myślę, że w Europie czy Stanach od razu okrzykniętoby je anorektyczkami, ale tu jest to traktowane jako naturalne i pożądane – im szczuplej, tym lepiej.

A może dlatego, że rzadko można spotkać kobietę, która ma kiepskie włosy, a jeśli się już zdarzy, to napewno będzie to osoba, która próbowała je rozjaśnić lub walnąć sobie trwałą, żeby wyglądać bardziej zachodnio. Za to kobiet z pięknymi, błyszczącymi, długimi włosami jest cała masa, chodzące reklamy szamponów.

Może dlatego, że Tajki nie potrzebują makijażu, a jeśli już to bardzo delikatny, jakieś lekkie pociagnięcie błyszczykiem i gotowe. Może dlatego, ze chowając się przed słońcem mają piękną cerę i nigdy się nie świecą, bo zawsze są lekko natalkowane? Może też dlatego, ze w Tajlandii nie biega się, nie spieszy, nikt tu nie truchta ani nie pędzi, wszyscy chodzą powoli, spokojnie. Jeszcze nigdy nie widziałam spieszącego się Taja, ale wierzcie mi, spóźniaja się notorycznie, po pół godziny albo i więcej. Nie wiem, może to wszystko naraz. Wyraziste rysy, piękne karnacje, smukłe ciała i powolne sunięcie jak po wybiegu powoduje, że nawet w  najbardziej kretyńskich, kiczowatych zestawach panie wyglądają sexy i dobrze. Też bym tak chciała- wytoczyć się z łóżka, zarzucić włosem, ziewnąć, wskoczyć w dowolny ciuszek i voila – gotowa do drogi. A tu? Brutalna rzeczywistość nie pozwala. Może musze się nauczyć od nich, że nie ważne co się nosi, ważne jak się nosi. A nosi się tak jakby to był milion dolarów i najnowszy ciuch od Diora.

Chyba, że mają okazję do pokazania się i wyjścia i wtedy mamy kolory galore i niebezpiecznie zbliżamy się w rejony trans. Tęcza to za mało powiedziane, tęcza z brokatową posypką i małym pawiem to już bliższe prawdy. Dzień Dziecka, który obchodzi sie jutro, to taka okazja do odpicowania się i pokazania najlepszych ciuchów. To nie jest bal przebierańców, to nie jest święto, gdzie nabijamy się i przesadzamy i robimy głupi makijaż. Co prawda hasło przewodnie to kolorowo i kwieciście, więc można spodziewać się kakofonii kolorów, ale pamiętajmy – mamy wyglądać dobrze. Seksownie. Pięknie. Zamiast tego mamy tapir, brokat, litry lakieru do włosów, najbardziej różowy róż z możliwych, centymetr pudru na twarzy i akcesoria, które można sprzedawać w sklepie zabawkarskim.

Trochę głupio pisać mi o dzieciach, bo w sumie to nie ich wina, że ociekają makijażem i nadmiernym seksapilem. Ubierają je mamy, pindrzą nauczycielki, skąd mają więc czerpiać dobre wzory? Pimping zaczyna się wcześniej, później traktowany jest więc jako oczywistość. Codzienna modę dziecięcą pokażę wam w kolejnym poście, czasami mam wrazenie, że nie różni się tak bardzo od tej odświętnej.

Reklamy

Witaj szkoło, czyli jak się uczy w Bankoku.

Jak to się robi w Bankoku, jaktosierobiwbankoku, blog podróżniczy, blog o Azji, blogo Tajlandii, Bankok, życie w bankoku, życie codzienne w Tajlandii, skokwbokblog

Nie, to nie początek nowego roku, ale nowego semestru. Nowy budynek, nowa klasa, nowy zapał do pracy? Niekoniecznie. Powinnam być zwarta i gotowa do pracy, ale nie jestem. Nastroje raczej kiepskie, moje przedszkolaki też nie są szczęśliwe. Wiele z nich płacze, kurczowo trzyma się rodziców, nie chce wracać do szkoły. W ogóle im się nie dziwię.

Kiedy kilka lat temu rozpoczęłam swoją tajską przygodę, wierzyłam w stereotyp cichych, posłusznych azjatyckich dzieci, które będą siedzieć w ławeczce, chłonąć wiedzę i przykładnie uczyć się angielskiego. Też macie taka wizję azjatyckich szkół? Wierzycie w grzeczne dziewczynki, które nie bałaganią? W rozrabiających chłopców, którzy nie wiedzą co to porządek? No cóż, to kompletna bzdura, życie to dość szybko to zweryfikowło. Dzieci są dziećmi i wszystkie lubią się bawić, biegać, nudzą się po minucie, a najlepszy sposób na naukę to odkrywanie świata w czasie zabawy. Trzymanie ich w ławkach, zmuszanie do pisania i powtarzania słówek nie ma żadnego pedagogicznego sensu i jest wbrew ich naturze. Dziewczynki potrafią być rozkapryszone i piskliwe, a chłopcy nieśmiali i zahukani. Rasa nie gra tu roli, a wręcz mam wrażenie, że Tajskie dzieci są głośniejsze i bardziej rozwydrzone niż jakiekolwiek inne , które miałam okazję uczyć. Mój szef twierdzi, że dowiedziono naukowo, że Tajowie mają większą tolerancję na hałas i wysokie dzwięki. Nie wiem, czy to prawda, nigdzie nie spotkałam się z tą teorią, ale moje doświadczenie zdaje się ja potwierdzać.

Na początek kilka faktów. Po pierwsze, edukacja w Tajlandii nie jest obowiązkowa. Cała masa biedniejszych dzieci uczęszcza do szkoły tylko przez kilka pierwszych lat, a kiedy już są wystarczająco duże, żeby pomagać rodzicom, kończą swoją edukację przedwcześnie. To nie jest problem moich uczniów – pracuję w szkole prywatnej i wszystkie dzieci pochodzą z bogatych rodzin. Iich przyszłość jest bezpieczna i zapewniona, nie tyle dzięki wykształceniu co hierarchii społecznej i bogatej rodzinie.

Po drugie – kary fizyczne są w Tajlandii akceptowane. O ile my, zachodni nauczyciele nie mogą dotkąć dzieci, o tyle Tajscy nauczyciele i owszem, a moja nauczycielka jest dość skora do krzyku, walenia po plecach, strzelaniu linijką w stół i spuszczania lania. Szantaż, wyśmiewanie dzieci, udawanie, że dzwoni do rodziców, żeby naskarżyć na ucznia to jej dodatkowe ulubione metody i muszę powiedzieć, że widziałam rzeczy, których nie powinien widzieć żaden rodzić. Niestety, wiele rodziców akceptuje to zachowanie, oni sami przeszli przez podobną szkołę i nie widzą w tym nic złego i wręcz sami sugerują, żeby fizycznie karać neigrzeczne dzieci.

Po trzecie, edukacja w Tajlandii oparta jest na wynikach egzaminów i testów, które często i gęsto fałszuje się, żeby pokazać ile uczniów zdało egzaminy, dostało się do szkół, dostało idealny wynik. Cały system nauczenia nie jest oparty na tłumaczeniu, demonstracji, samodzielnym odkrywaniu a na uczeniu sie na pamięć i bezmysłnemu powtarzaniu. Egzaminy są wewnętrzne, nauczyciele piszą je sami, łatwo więc zdecydować co studenci musza umieć i wykuć na pamięć, a im lepsze wyniki osiągają, tym lepsza opinia o nich. Za niezdanie egzaminu obwiniony jest nauczyciel, nie student, łatwo więc domyślic się, że wszyscy zdają, aby udowodnić, jak świetnym jets sie nauczycielem.

Po czwarte – uczeń nasz pan. Tak, edukacja w szkole oparta jest na biznesie i interakcji „klient i dostawca usług”. Ja dostarczam usługę, którą jest fajna, wesoła i interesująca lekcja i jeśli uczeń jest szczęśliwy, rodzice są również szczęśliwi, chcą posyłać dzieci do szkoły i płacić czesne. Fajna nie oznacza skuteczna, wartościowa, edukująca – te kryteria są pomijane. Jest to chyba najbardziej widoczne w mojej sobotniej szkole, gdzie przez półtorej godziny powinnam uczyć jedynie fonetyki, jednego dźwięku tygodniowo, co brzmi nudno , więc nikt nie ma pretensji, że gram, śpiewam, koloruje i bawię się z dziećmi, tak długo jak długo sa one szczęśliwe. Jest to wręcz propagowane.

Po piąte, w szkołach nie ma przerw. Zadziwiające, ale między jedną lekcją a drugą nie ma chwili na złapanie oddechu, dzieci zostają w swoich klasach i po skończeniu jednej lekcji odkładają j książki i biorą drugie, natychmiast zaczynają nowa lekcję. Moje przedszkolaki mają non stop lekcje, bez czasu na zabawę, bajki czy malowanie. A lekcji mają bez liku. Angielski, fonetyka, matematyka i przyroda ze mną, te same przedmioty plus cała masa dodatkowych z tajskimi nauczycielami, chiński. Nawet lekcje typu pływanie, balet czy piłka nożna kończa się egzaminami i zawsze zawierają element stresu. Zapomnijmy o Ala ma Asa, a As ma Alę, rysowniu szlaczków i rysunkach. Dryl zaczyna się dość wcześniej, już żłobek (bo mamy w szkole i żłobek) musi stać codziennie rano pół godziny na apelu, śpiewać hymn, stać bez ruchu i czcić króla. Rok później zaczną pierwsze lekcje po tajsku i angielsku.

Po szóste i dziesiąte – cały system uczenia oparty jest na niepopełnianiu błędów, o czym pisałam już w Utracie Twarzy. Studenci nie mogą przyznać się, że nie rozumieją,poprosić o powtórzenie, a nauczyciele w sekrecie poprawiają ich pomyłki, powiedzenie „uczymy się na błędach” czy „praktyka czyni mistrza” kompletnie nie istnieją w tej kulturze. Trzeba zrozumieć od razu, po kilku słowach wyjaśnienia i liczyć na to, że uda się jakoś przeslizgnąć do następnej lekcji, że nie zostanie sie przyłapanym na niewiedzy. Trochę przypomina to polskie realia i wiele z moich lekcji, ale w zdecydowanie większym stopniu.

Dodajmy jeszcze, że dzieci wymagające szkół lub klas specjalnych są posyłane do normalnych szkół, gdzie liczy się na to, że będąc w normalnej klasie, złapią jakoś tę wiedzę. Pół biedy jeśli mamy ucznia z ADHD czy dysleksją, niestety nikt nie będzie starał się zrozumieć ich problemów czy dostować zajęć do ich potrzeb, ale zdarzają się poważne choroby i uczniowie, którzy nie powinni w ogóle chodzić do szkół – ja sama uczyłam chłopca z syndromem Aspbergera, a więc odmiana autyzmu i kompletnie nie wiedziałam co robić, po prostu robiłam to, co podpowiadała mi intuicja.

I to, co drażni mnie najbardziej – zachowanie samych nauczycieli. Nie mają oni pokoju nauczycielskiego ani chwili przerwy, miejsca gdzie mogliby choc na chwilę odsapnąć i przysiąść, zamieniają więc klasę w miejsce spotkań towarzyskich. Rozmowy przez komórkę, popijanie kawki, otwieranie drzwi, żeby krzyknąć coś do nauczyciela siedzącego na końcu klasy, chwalenie się nowymi ciuchami lub próby sprzedania torebek, portfeli i innych pierdół odbywają się jawnie i często, kiedy ja próbuję wytłumaczyć coś przed tablicą. Niestety, jest to powszechnie akceptowane i oni nie rozumieją nawet, ze Ciebie szlag trafia albo, ze jest to jawny brak szacunku do innego nauczyciela, że widzą to dzieci, dlaktórych normalne więc będzie podobne zachowanie. I jak ich tu za to winić? Za kilka lat, kiedy będa w starszych klasach i nie będa już małe, przestraszone i bezbronne, będa biegać po klasie, krzyczeć, dzownić i grać w gry, doprowadzając falangów do białej gorączki. Nie pomoże nic. Krzyk spowoduje, że utraci się twarz, okaże gniew, a to już koniec jakiegokolwiek szacunku i można zapomnieć o efektywnym uczeniu.

Co dostaniemy, jeśli poskładamy te wszystkie kawałki razem? Przedziwny system, gdzie zrozumienie nie jest ważne, gdzie dzieci zamieniane sa w bezmyślne maszynki do powtarzania rzeczy, których nie rozumieją, gdzie liczą się pozory. Udajemy, że znamy angielski, że każdy umie zrobić bezbłędnie każde zadanie, że każdy jest wspaniałym artystą, humanistą i ścisłowcem, baletnica i sportowcem. W przyszłym roku Alex będzie miał dwa lata i mógłby zacząć szkołę, a raczej żłobek. Nagabywana jestem dość często, czy poślę go tutaj, jaki byłby to prestiż dla szkoły. Po moim trupie! Ale niestety, nie mogę tego powiedzieć jawnie, więc ze spokojem na twarzy i słodkim uśmiechem mówię, że moja niania jest wspaniała i że jeszcze niech sobie z nią posiedzi. Niestety nie widzę wielu alteratyw. Szkoły międzynarodowe sa kosmicznei drogie i nigdy nie będzie mnie na nie stać; nigdy też nie dostanę w nich pracy, bo musiałabym mieć specjalne wykształcenie pedagogiczne i lata doświadczeń w szkołach angielskich czy amerykańskich. Są jeszcze te pseudo-międzynarodowe, które są po prostu tajskimi szkołami prywatnymi, samozwańczo pretendujących do miana międzynarodowych i niewiele różniące się od mojej szkoły.

Co mi więc zostaje? Nie wiem. Wiem też, że nasz system nie jest genialny, że ma swoje problemy. Być może nauczyciele mają przygotowanie wczesnoszkolne i są lepiej pzrygotowani żeby uczyc dzieci. Czy jednak są one szczęśliwsze, mniej zestresowane? Czy ucza się w przyjaznej, miłej atmosferze i rozumieją wszystko? Czy nie stawia się im zbyt wysokich wymagań? O tym już niestety nie mam pojęcia, ale boje się, że odpowiedź brzmi „nie”.

Kultura zachodu oczami Tajów, czyli dlaczego nie uczyc o Halloween.

Wiekszośc znanych mi osób, które odwiedzily Tajlandie, natychmiast sie w niej zakochuje i chce tu zostac na zawsze. Ci, ktorzy rzeczywiscie zostaja, zaczynaja potem zauwazac te mniej mile, smieszne lub zaskakujace aspekty kultury Tajskiej, ale milosc trwa dalej. A jak nas widza Tajowie?
Pytam „nas” bo wszyscy obcokrajowcy wrzuceni sa do jednego wora i nazwani falangami. Mam wrazenie, ze przecietny Taj mysli, ze wszyscy jestesmy bardzo podobni, nasza kultura jest jednakowa, no i wszyscy poslugujemy sie angielskim.

Niedawno mialam zabawna rozmowe z taksowkarzem, ktory zapytal sie skad jestem. „Z Polski”. „A, Europa!” – odpowiedzial. „Zimno!”. Niesmialo baknelam, ze nie, ze mamy 4 pory roku i ze czasami bywa goraco. Chcialam dorzucic, ze mamy nawet czasami 30 stopni w lecie, po czym uswiadomilam sobie, ze dla niego to wlasnie jest zimno. Niedawno rozpoczela sie pora deszczowa i temperatury spadly do 30-31 stopni. Wciaz jest goraco, parno i kleiście. Wciaz wlaczam klimatyzacje w nocy, zeby moc sie wyspac, kiedy moja niania narzeka jak jej zimno w nocy, i ze ona spac nie moze. Tu jeszcze przypomina mi sie jeden zabawny dialog, kiedy to dowiedzialam sie, ze dzieci nie nalezy kapac po 17.00, bo jest zimno, a rozmowa ta odbyla sie w podczas super upalnego kwietnia, jednego z najgoretszych w Tajlandii, gdzie temperatura siegala okolo 42 stopni.

No wiec Europa jest zimna. „I nie ma komarów” – kontynuowal kierowca. Hm, w sumie to nie ma. Na pewno w porownaniu z Tajlandia nie mamy co narzekac. Czasem zdarzy sie kilka w letni wieczor, zwlaszcza nad jakims bajorkiem, ale generalnie problem ten nie istnieje. Nie ma – odpowiedzialam. Poza tym nie wiem jak jest czasami po tajsku.

I nie macie korków? Korki to mamy, mamy! Przytaknelam. Spojrzal z dezaprobata. „Ale mamy lepsza komunikacje publiczna, wiec mniej ludzi jezdzi samochodami” – szybko dodalam. Bangkok jest serio jednym z najbardziej zakorkowanych miast i trudno go znowu przebic, no wiec zgodzilam sie, ze korkow tez nie mamy. A co mamy?

Dzisiaj w mojej szkole zaczely sie ferie jesienne, bo tak je chyba trzeba nazwac i mamy uczyc tajska mlodziez o kulturze i swietach zachodnich. Na pierwszy ogien poszlo Halloween i dzisiaj, wraz z drugim nauczycielem, uczylismy czterolatkow o mumiach, dyniach i duchach. Jaki ma to sens pedagogiczny? Zaden? Kulturowy? Tez chyba nikly. Zwlaszcza, ze jesli jest cos o czym w Tajlandii rozmawiac nie nalezy, to o duchach. Slyszalam kilkakrotnie historie o turystach, ktorzy nie mogac znalezc wolnego pokoju w hotelu, wyplaszali gosci krzyczac „duch!duch!”, co powodowalo, ze wszyscy Tajowie uciekali w poplochu, opuszczajac swoje pokoje, ktore Ci mogli wynajac. Historie slyszalam od kilku roznych osob i zawsze byli to ich znajomi, wiec do konca pewnie nie jest to prawda, ale cos w tym jest. Dzisiaj, kiedy pokazywalismy obrazek ducha, widzielismy lekka panike w oczach nie tylko dzieci, ale i nauczycieli. Czy rzeczywiscie nauczylismy ich czegos o Halloween czy popelnilismy kulturowe faux paux? Mam nadzieje, ze to pierwsze, aczkolwiek i tak zostanie nam to wybaczne, w koncu czego spodziewac sie po falangach?

Ale jest jedna rzecz, co do ktorej Tajowie sa zgodni – wszyscy mamy kupe pieniedzy. Nie wazne skad jestesmy i co robimy, pieniadzy mamy wrecz w nadmiarze. Ach, gdyby byla to prawda.

Rozowy sen pedofila

Dzien otwarty, koniec semestru i walka o Nagrode Krolowej -wszystko w jednym. Koniec, nareszcie po wszystkim, mozna odetchnac. Ostatnie 3 tygodnie uplynely pod znakiem prob, cwiczen, pisania dialogow i nagrywania dubbingu, wszystko wplecione w powtorki przed egzaminami.

I dzisiaj w koncu wielkie show. Szkola udekorowana, wszyscy podekscytowani, kazda klasa chwali sie „swoimi” osiagnieciami i pracami. Pisze „swoimi” bo tak naprawde moje nauczycielki spedzily ostatnie kilka nocy malujac, kolorujac, klejac, robiac paper-mache, dekorujac i wycinajac tysiace laleczek, zolwikow, arbuzow i ptaszkow z piorkami, ktore teraz pokazywane sa jako zrobione przez przedszkolakow. Musialyby to byc to bardzo uzdolnione przedszkolaki, a i wtedy trudno byloby uwierzyc, ze to dzielo pieciolatkow. Moje proby dyskusji, ze nie chodzi o to by byly piekne i profesjonalne ale wlasnorecznie zrobione, spelzly na niczym. Ma byc pieknie, identycznie i perfekcyjnie. Krzywe i koslawe dziela moich dzieci poszly do kosza, razem z ich duma i poczuciem, ze same cos zrobily. Perfekcja to slowo kluczowe w mojej szkole. Patrzac na tlumy potencjalnych rodzicow, ktorzy przyszli dzisiaj, zeby zobaczyc szkole, zastanawiam sie, czy wierza, ze to naprawde zostalo zrobione przez maluchy.

Ide na gore do klasy, gdzie przygotowania trwaja w najlepsze. Moje dziewczynki beda dzis udawac baletnice, ale to nie wystep jest chyba najwazniejszy, ale stroje i make-up. Chociaz widzialam to wielkokrotnie, wciaz nie moge na to patrzec. Ilosc pudru, maskary, brokatu i zelu do wlosow powala. Zastanawiam sie, czy mialam kiedykolwiek taka ilosc makijazu na sobie w ciagu miesiaca. Im bardziej rozowo, tym lepiej. Roz na policzki i intensywnie rozowa szminka to podstawa. Nim (moja Tajska wspol-nauczycielka) pomaga dziewczynkom nakladac sztuczne rzesy, maluje im oczy i usta, zaklada koronkowe rekawiczki. „Zrob sexy poze” mowi, robiac dziobek i chwytajac sie pod boki. Dziewczynki, ale tez i chlopcy, chetnie pozuja do zdjec. Mokry sen pedofila.

A potem schodzimy na dol, zaczynamy apel. Nauczyciele skromnie, w bletitnych koszulach polo, bo blekit to kolor krolowej. Dzieki Bogu, ze blekit, bo kilka lat temu musialam biegac w zoltym polo, ktore bylo noszone dla krola. Zolty wyglada pieknie przy tajskiej karnacji, nie do konca na mnie, bladej i blond. Hymn, wciagniecie flagi i w koncu zaczyna sie show. Balet, aerobik. Male dziewczynki cwicza rytniczne, robia gwiazdy i szpagaty, by pod sam koniec rozwinac szarfy w narodowych kolorach Tajlandii i odslonic portret krola. Zywe, porcelanowe lalki tancza. Strzelaja zimne ognie, wybucha bomba z konfetti. Kolejne show, kolejne grupy przebranych, wymalowanych dzieci. Po kazdym wystepie rodzice maja chwile na zdjecia, dyrektorka przedszkola komentuje wszystko lamana, niepoprawna angielszczyzna. W koncu wracamy do klasy i teraz to ja staje sie atrakcja. Pozuje do zdjec z dziecmi, rodzicami, usmiecham sie non stop. W koncu wszyscy ida do domu. Koniec semestru.

Z wizyta w Muzeum Rolnictwa

Musze przyznac, ze nie spodziewalam sie niczego wielkiego po tej wycieczce.  Kompletnie nie po drodze, gdzies miedzy Ayutthaya a Bankokiem, daleko od cywilizacji. A tu prosze, mila niespodzianka.

Design w Tajlandii moze byc piekny i minimalistyczny, delikatnie orientalny albo pelen plastikowo-zlotego kiczu z brokatowa posypka. Wisdomking.or.th to przyklad polaczenia azjatycko-zachodniego stylu, z super efektem. Jesli widzieliscie juz w Tajlandii wszystko, to polecam to miejsce. A! i tak naprawde nie ma nic wspolnego z rolnictwem. To taka Tajlandia w pigulce, pokazujaca rozne region, zawody, kulture. Rolnictwo tez jest, oczywiscie, nawet z bajorkiem gdzie taplaja sie wodne buffalo i ponoc mozna na nich jezdzic. Ponoc, bo nam sie nie udalo. A szkoda.

Rolnictwo

Rybolostwo

Biznes

Dziekujemy i zegnamy! EK3/2 🙂

jaktosierobiwbankoku, jak to sie robi w bankoku, tajlandia, bankok, blog podrozniczy

Czego nauczyly mnie egzaminy w przedszkolu

Moje przedszkolaki zakonczyly dwutygodniowa sesje egzaminacyjna. Wszyscy zdali, ale nikt nie mogl dostac maksymalnej ilosci punktow. Nawet, jesli w rzeczywistosci zrobili wszystko bezblednie. To odzwierciedla cala kulture tajska. Nie ma porazki, ale nie ma perfekcji, wszystko jest przecietne. Z wyjatkiem Buddy i krola, oczywiscie. No i tak naprawde zawsze beda rowni i rowniejsi.

W Tajlandii istnieje powiedzenie „maj pen laj”, ktore tak do konca trudno przetlumaczyc. Nic sie nie stalo, nie ma problemu, nie szkodzi. Rewelacja, jesli to Ty cos zepsujesz, palniesz, zrobisz glupiego. Nie sciagnelam butow wchodzac do klasy – maj pen laj, nic sie nie stalo. Nie zatrzymalam sie podczas hymnu narodowego? Maj pen laj. Nie odklonilam sie zgodnie z tajska etyka? Maj pen laj. Gorzej, jesli to mnie dzieje sie krzywda i wsciekam sie, a oni z tym genialnym spokojem i usmiechem odpowiadaja „maj pen laj”. Bankomat wciagnal mi karte i musze placic za nowa- maj pen laj. Zaraz, zaraz, to nie moja wina, pamietalam PIN i nie dosc, ze nie mam jak wyciagnac pieniedzy to jeszcze mam placic? Maj pen laj, 150 bahtow.

Ostatnio zostalam ciezko doswiadczona przez maj pen laj podczas egzaminow. Ci, ktorzy nie zdali, mieli dostac wiecej punktow; ci, ktorzy zdobyli maxa, mieli dostac ich mniej. W jaki sposob? Prosty – gumka myszka i olowek. Zaraz, zaraz, ale to nieuczciwe. Maj pen laj… On tego nie wie, nie jest w stanie tego napisac. Maj pen laj, teacher, maj pen laj. Trzeba poprawic, to tylko tak na pokaz, a nie prawdziwy egzamin. Serio? To po co w ogole….? Jak to po co, musza sie nauczyc! Maj pen laj!

Wymazuje bledy, poprawiam bledne odpowiedzi, zmieniam wynik. Wreczam nowa liste z punktami. Niestety, wciaz niedobrze.
– 20 na 20 punktow? Nie, teacher, nie…
– Ale niektorzy potrafia, sami to napisali.
– Maj pen laj, nie wazne, trzeba dac im mniej.
– Jak to mniej? Egzaminy sa juz sprawdzone, poprawione, nie moge nagle udawac, ze zrobili bledy.
– Maj pen laj, teacher, maj pen laj. Po prostu trzeba zmienic ostateczny wynik, napisac, ze dostali 18 punktow.
– Ale…
– Maj pen laj, teacher, maj pen laj.

Zmieniam wyniki, obnizam, dodaje. Wszystko sie wyrownuje, usrednia. Nikt nie jest bardzo dobry, nikt nie jest zly.  Ci, ktorzy sie staraja, ucza i przykladaja, nie zostaja wynagrodzeni. Ci, ktorzy olewaja wszystka, bezkarnie kontunuuja legalne bimbanie. Szara masa czy rownosc? Maj pen laj.

Coraz czesciej mysle o Alexie, o tym gdzie on pojdzie do przedszkla, gdzie bedzie sie uczyc. Moje plany, zeby poszedl tutaj, coraz mniej mi sie podobaja. Praktycznie nie zgadzam sie z calym systemem edukacyjnym. Tylko czy powrot do Europy zagwarantuje mi cudowne dziecinstwo dla niego? Mila pania przedszkolanke? Gry i zabawy edukacyjne pozwalajace mu odkrywac swiat? Rozwijac logike? Zdobywac maxymalna ilosc punktow? Czy bedzie to szkola kombinat, przepelniona klasa, zestresowana pani z lapanki, ktora nie bedzie w stanie dotrzec do wszystkich indywidualnie. I ktora z tych opcji jest lepsza? A moze trzecie wyjscie? Tylko jakie?

Lekcja skromnosci przed lekcja plywania

IMG_0389

Pamietam, ze bedac przedszkolakiem, mialam lekcje plywania. Raz w tygodniu wsadzano nas w autobus, wieziono do centrum miasta i kazano sie samym przebierac, rozbierac i szykowac do wody. Jako, ze laznia miesci sie w starym, poniemieckim budynku, szatnie byly dosc dziwne – rzad ciasnych, ciemnych komorek, gdzie oprocz malej laweczki nie bylo nic wiecej. Jako, ze byla nas dwojka lub trojka w jednej szatni, przebieranie bylo dosc uciazliwe, zwlaszcza, kiedy trzeba bylo naciagnac ubrania na mokrawe, nie do konca wytarte ciala. A potem bieglysmy na wielka platforme, na ktora dmuchalo cieple powietrze i suszylysmy wlosy. Jesli sie udalo. Bo bedac najnizsza dziewczynka zawsze mialam problem ze znalezieniem odpowiedniego miejsca i wracalam do przedszkola z mokrymi wlosami. Po kilkukrotnym zapaleniu ucha moja przygoda z plywaniem zostala zakonczona przez zdenerwowana mame i plywac nauczylam sie zdecydowanie pozniej.

Teraz to ja ucze w przedszkolu i chociaz nie ucze plywania, a angielskiego, to jednym z moich obowiazkow jest pomaganie mojej Tajskiej „wspolwychowawczyni” z basenem i przebieraniem. I choc brzmi to dosc neutralnie, rzeczywistosc okazala sie byc dosc zaskakujaca.

Co srode, po porannym apelu wracamy do klasy. Plywanie zaczyna sie za 40 minut, co oznacza, ze moja lekcja bedzie skrocona i 20 minut wczesniej idziemy na basen. Zeby nie marnowac czasu, przebieranie odbywa sie zaraz na poczatku mojej lekcji, wiec wszyscy siedza w strojach kapielowach, czepkach i goglach. Ale to nie jest w tym najdziwniejsze. Najdziwniejsze jest caly rytual przebierania, ktorego moja zachodnia logika pojac nie moze.

Zaczynamy. 8.30, klasa. Chlopcy na lewo, dziewczynki na prawo. Wiekszosc zaczyna zrzucac ciuszki na srodku, stojac kompletnie nago, grzebiac w plecakach, wyciagajac stroje i czepki, upychajac buty i uniformy, zeby nic sie nie zgubilo. Co niestety nigdy sie nie udaje i zawsze jest maly dramat – „Prosze pani, on ubral moje skarpetki!”.

Zadne z tych dzieci nie ma oporow przed nagoscia, rozebraniem sie, przed tym, ze jestem tam ja i jeszcze 2 inne nauczycielki. Kompletna dziecieca ignorancja. Aczkolwiek nie jest to w smak tajskim wychowawczyniom, ktore cmoktaja z przygana i kaza im sie schowac. Tylko gdzie? 2 dziewczynki za moim biurkiem, 1 chlopiec siedzi w rogu, nie osloniety niczym tak naprawde, ale zachowujacy sie jakby nikt go nie widzial. Auan (moja asystentka) gasi swiatlo, ale jest 8.30 rano wiec w sumie nie daje to zadnej roznicy, procz tego, ze zamiast zoltego swiatla jest naturalne, dzienne. Niektore dzieci sa juz przebrane, inne wciaz walcza z opornymi rekawami, nie moga wbic sie w przyciasny stroj, wiec prosza mnie o pomoc. Stoje na srodku klasy i naciagam nogawki, poprawiam skrecone szelki, upycham wypadajace wlosy pod czepki. Wciaz kilka najwolniejszych dzieci biega nago po klasie szukajac zagubionych ubran. Auan krzyczy na nich, jak tak moga, nago po klasie? czy nie maja wstydu? przyzwoitosci ? ubierac sie i tu juz! dzieci niewzruszane patrza na to wszystko i  w sumie im sie nie dziwie. Nie ma tu  szatni, nie ma oddzielnych pomieszczen dla chlopcow i dziewczynek, a za chwile,  juz po lekcji plywania, wszyscy beda kapac sie pod wspolnymi prysznicami nadzy; po czym owinieci tylko recznikiem wroca do klasy, idac gesiego  na pierwsze pietro przez cala szkole.

Czemu ten krzyk? Skad ta nagla przygana? dlaczego jest OK byc nagim kiedy wszyscy sie przebieraja,  ale nagle, kilka sekund pozniej, juz nie jest? I czemu nie wywoluje to zadnej reakcji w kazdy inny dzien tygodnia, kiedy dwojka moich przedszkolakow wraca z dodatkowych zajec plywania, tuz na poczatku mojej lekcji? Kiedy wszyscy juz siedza w lawkach,  oni lekko spoznieni, wbiegaja do klasy i juz praktycznie od drzwi stoja nadzy, patrzac co sie dzieje, sciagajac slipki, naciagajac bielizne, szukajac zagubionych skarpet. Dziewczynka i chlopiec. Staraja sie uczestniczyc w lekcji, czasem nawet podbiegna do tablicy, zeby cos pokazac. Wszyscy patrza na to obojetnie, zadna z nauczycielek nie krzyczy. Pelne przyzwolenie. Tajska logika.