Archiwa kategorii: Święta i festiwale

Szczęśliwego Nowego Chińskiego Roku

DSC04721

Tajlandia kocha świętować, a jeśli się da – nie pracować. Obchodzą zachodni Nowy Rok, w marcu ich rodzimy, Songkran; a dziś mamy Chiński Nowy Rok. Wszyscy noszą czerwone, jedwabne chińskie suknie, szkoła zorganizowała paradę smoków. Kiedy uczyłam kilka dobrych lat temu w Chinach, wszyscy zajadali siętradycyjnym  Moon Cake, tradycyjnym ciastem wypelnionym różnym nadzieniem, często niestety durianowym; które było absolutnie ohydne. Jeśli durian to tylko suszony, żadna inna forma do mnie nie przemawia –smakuje tak jak pachnie i nie czuję tego niebiańskiego smaku ukrywającego się pod kloacznym zapachem. Dzieci, czasem dorośli, dostają czerwone koperty z pieniędzmi, czerwone lampiony ze złoconymi ozdobami wirują w powietrzu, a zakochane pary siedzą na dachach do północy, czekając na księżyc. Albo przynajmniej powinny.

Znacie historię Chińskiego horoskopu? Dawno, dawno temu w krainie szczęśliwości żył Emperor ze zwierzętami i wszyscy byli równi, ale niestety, jak to z wszystkimi bywa, niektórzy chcieli być równiejsi. Zwierzęta poprosiły Emperora by powiedział, które z nich jest ajważniejsze, najlepsze, Emperor postanowił więc urządzić wyścig, który miał rozstrzygnąć tę zagadkę. Gotowi,do startu, start – zwierzęta ruszają do biegu i prowadzi Wół. Ale sprytny Szczur, tuż za nim, wskoczył mu na grzbiet, przedostając się w ten sposób na drugi brzeg potoku, po czym zeskoczył i pobiegł do przodu, pierwszy przekraczając metę. Szczury są więc przebiegłe, nieuczciwe, sprytne i dobrze radza sobie w zyciu, nie zawsze dzięki ciężkiej pracy. Ale oszustwu. Wół był drugi, trochę wolniejszy, ale wytrwale dążący do przodu, uczciwy i uparty. Inne zwierzęta miały różne przygody po drodze – jedne ratowały innych, kończąc na odległych miejscach, inne zatrzymały się na obiad i drzemkę i skończyły ostatnie. Z tej całej historii łatwo zapamiętać charatery zwierząt opisujące tych, którzy urodzili się pod danym znakiem. Ja jestem Wołem, i nie do końca się zgadzam ze swoją charakterystyką – uparcie dążąca do jasno określonego celu, uparta, stateczna. Chwilowo mam jeszcze większy mętlik w głowie niż zwykle i brak odpowiedzi nakażde z tysiąca pytań. Bliżej mi chyba do Strzelca, który biega z miejsca na miejsce, podróżuje i ma wciąż nowe pomysły.

Ale lubię wszelkiego rodzaju przepowiednie przyszłości, a tarota w szczególności. Sama posiadam talię i od wielu już lat stawiam sobie, czasem innym, starając się wyczytać przyszłość. Kiedyś planowałam nawet napisac książkę o różnych formach wróżenia i będąc w nowym kraju starałam się znaleźć lokalnego wróżbitę i poznać nowe metody. W Chinach głównie czyta się z reki i miałam okazjębyć u wróża, który wyglądał jak prosto z chinskiego filmu. Miał chyba z 1000 lat, długą, siwą brodę z całych 15 włosów, siedział ubrany w czerwone kimono i czapkę czarodzieja i byłam bardzo podekscytowana, że go odkryłam. Cóż, według jego przepowiedni powinnam mieć szóstkę synów, którzy zaopiekują się mną na starość. Ta prognoza bardzo ubawiła mojego ówczesnego męża, który wysłuchiwał jego słów, a który to również nigdy nie chciał mieć dzieci. Jak się domyślacie, nigdy się to nie stało. W Kambodży królowały zwykłe karty i nie pamiętam dokłądnie przepowiedni, ale jest wielka szansa, że również miałam mieć cała masę synów, być może nie aż sześciu, a tylko czterech. W Brazylii poznałam kompletnie nieznaną mi wcześniej metode buzios (tak się przynajmniej wymawiało, pisownia może byc trochę inna). Pani miała czarodziejski pokoik pełen odpowiednich gadżetów, a że nie mówiła po angielsku, musiałam pojechać z Karoline, moją brazylijską „siostrą”, która tłumaczyła. Pani więc sprytnei wypytała się jej najpierw co tu robię, skąd mie zna i tak w ciągu pierwszych pięciu minut wiedziała już wszystko co chciała. Ale nie wiedziała, że tydzien później opuszczałam Brazylię, miałam zakupiony bilet i już dość  intensywnie zaplanowaną przyszłość. Pani  przepowiedziała mi sławnego, bogatego i super przystojnego męża na miejscu, w Brazylii, i tylko jednego syna. I tu się nie pomyliła, z tym synem znaczy się, aczkolwiek nie stało się to w Brazylii, a pięć lat później w Londynie, za to sławnego i bogatego męża nigdy nie miałam i mieć nie będę.

A co nam przyniesie Rok Konia? Nie wiem, trzeba znaleźć jakiś dobry horoskop. Albo postawić sobie tarota. Mam nadzieję, że przyniesie odpowiedzi na te wszystkie męczące mnie pytania, co dalej, gdzie dalej, gdzie jechać, czy w ogóle jechać. Czeego także wszystkim życzę. I dużo pieniędzy, to tak a propos czerwonych kopert; wiele słodyczy, to tak a propos chińskich Moon Caków, a mojej kuzynce, której blog bierze udział w konkursie na Blog Roku, zeby wygrała. Jeśli nie macie na kogo głosować,a lubicie dobre, zabawne, sarkastyczno-ironiczne teksty , to polecam. Matkojedyna.blogspot. com.

Szczęśliwego Nowego Chińskiego Roku!

……………………………………………………………..

Ten i więcej wpisów znajdziecie na http://www.blogerzyzeswiata.pl/

Faszyn from Raszyn / Rangsit – niepotrzebne skreślić

Dzisiaj zabawię się w szafiarkę, ale nie bedę Mafashion czy Jessicą Mercedes, czy inną panią (przepraszam, jeśli pomyliłam imiona, nie było to celowe, mnie już, po prostu długo w kraju nie ma i nie jestem na bieżąco). Będzie to raczej Faszyn from Raszyn Rangsit albo moje spojrzenie na modę w Tajlandii.

Moda tajska to pewnego rodzaju paradoks. Patrzę na ciuchy tych kobiet i w 99% nie chciałabym tego nigdy założyć. Ba, nie założyłabym tego, nawet gdyby mi za to zapłacono. Patrzę na to, co sprzedaje się na rynku ale też w drogich domach towarowych i mogłabym codziennie wrzucać setki zdjęć pod tytułem : „czego nie nosić”. Dziwne angielskie nadruki, często z błędami, do góry nogami, bez sensu to jeden z trendów. Dość często widzę kobiety noszące kolorowe sukienki z kwatkami i koronkami, z wielkim logo AD/CD lub innymi nazwami metalowych zespołów. Oczywiscie, nei mają pojęcia, że to w ogóle coś znaczy. Inny, bardzo popularny trend, chyba najbardziej, to „bling bling” Błyskotki, paciorki, kolorowe szkiełka i sztuczne diamenty, zwisające breloczki na złotych łańcuszkach z dodatkowymi neonowymi efektami, cekiny i nity, najlepiej wszystko naraz. A na to jeszcze troche błyszczącej, plastikowej biżuterii.  I jeszcze trochę koronki i szydełkowy kołnierzyk, gdyby blingu było za mało. Tkaniny są chyba najbardziej przerażajace, bo sztuczne, stylonowo-nonironowe, łatwe do wyprania, strzepnięcia i wysuszenia, ohydne do noszenia. Kiedyś, jedna ze szkół w której pracowałam, szyła dla nas kostiumy i koszule, i cały zestaw był niestety ze sztucznej tkaniny. W tym upale i przy tej wilgotności miałam wrażenie, że jestem mokra i spocona non stop, nawet w klimatyzowanej klasie. Wydawałoby się, że wszystko będzie tylko z bawełny i naturalnych tkanin, niestety jest odwrotnie.

Ale pomimo tego wszystkiego, pomimo tych dziwnych kolorów, przykrótkich sukienek, sztucznych materiałów, plisowanych pstrokacizn ozdobionych złotym piórkiem i wiórkiem, Tajki wyglądają rewelacyjnie. Nie wiem dlaczego, ale tak jest. Może dlatego, że 99% z nich jest ultra szczupła i smukła i nie ważne co założą, wyglądają jak modelki? Myślę, że w Europie czy Stanach od razu okrzykniętoby je anorektyczkami, ale tu jest to traktowane jako naturalne i pożądane – im szczuplej, tym lepiej.

A może dlatego, że rzadko można spotkać kobietę, która ma kiepskie włosy, a jeśli się już zdarzy, to napewno będzie to osoba, która próbowała je rozjaśnić lub walnąć sobie trwałą, żeby wyglądać bardziej zachodnio. Za to kobiet z pięknymi, błyszczącymi, długimi włosami jest cała masa, chodzące reklamy szamponów.

Może dlatego, że Tajki nie potrzebują makijażu, a jeśli już to bardzo delikatny, jakieś lekkie pociagnięcie błyszczykiem i gotowe. Może dlatego, ze chowając się przed słońcem mają piękną cerę i nigdy się nie świecą, bo zawsze są lekko natalkowane? Może też dlatego, ze w Tajlandii nie biega się, nie spieszy, nikt tu nie truchta ani nie pędzi, wszyscy chodzą powoli, spokojnie. Jeszcze nigdy nie widziałam spieszącego się Taja, ale wierzcie mi, spóźniaja się notorycznie, po pół godziny albo i więcej. Nie wiem, może to wszystko naraz. Wyraziste rysy, piękne karnacje, smukłe ciała i powolne sunięcie jak po wybiegu powoduje, że nawet w  najbardziej kretyńskich, kiczowatych zestawach panie wyglądają sexy i dobrze. Też bym tak chciała- wytoczyć się z łóżka, zarzucić włosem, ziewnąć, wskoczyć w dowolny ciuszek i voila – gotowa do drogi. A tu? Brutalna rzeczywistość nie pozwala. Może musze się nauczyć od nich, że nie ważne co się nosi, ważne jak się nosi. A nosi się tak jakby to był milion dolarów i najnowszy ciuch od Diora.

Chyba, że mają okazję do pokazania się i wyjścia i wtedy mamy kolory galore i niebezpiecznie zbliżamy się w rejony trans. Tęcza to za mało powiedziane, tęcza z brokatową posypką i małym pawiem to już bliższe prawdy. Dzień Dziecka, który obchodzi sie jutro, to taka okazja do odpicowania się i pokazania najlepszych ciuchów. To nie jest bal przebierańców, to nie jest święto, gdzie nabijamy się i przesadzamy i robimy głupi makijaż. Co prawda hasło przewodnie to kolorowo i kwieciście, więc można spodziewać się kakofonii kolorów, ale pamiętajmy – mamy wyglądać dobrze. Seksownie. Pięknie. Zamiast tego mamy tapir, brokat, litry lakieru do włosów, najbardziej różowy róż z możliwych, centymetr pudru na twarzy i akcesoria, które można sprzedawać w sklepie zabawkarskim.

Trochę głupio pisać mi o dzieciach, bo w sumie to nie ich wina, że ociekają makijażem i nadmiernym seksapilem. Ubierają je mamy, pindrzą nauczycielki, skąd mają więc czerpiać dobre wzory? Pimping zaczyna się wcześniej, później traktowany jest więc jako oczywistość. Codzienna modę dziecięcą pokażę wam w kolejnym poście, czasami mam wrazenie, że nie różni się tak bardzo od tej odświętnej.