Archiwa kategorii: Matka Polka w Bankoku

Jak to się robi w Manchesterze.

 

image

Wracam tylko na chwile, zeby sie pozegnac. Weszlam na strone po dlugiej nieobecnosci i dopiero od czytalam kilka koemntarzy I wpisow. Dziekuje bardzo za pamięć, nawet nominacje.

wiem, mialam wrocic za chwile, ale zycie mnie dopadlo. Albo autyzm mojego syna. Jestem juz kilka dobrych tygodni po diagnozie I doszlam do siebie, na tyle, zeby moc o tym mówić, zeby jakos sie ogarnac. Najpierw byly podejrzenia, potem szukanie lekarzy, potem czekanie na wizyty, pierwsze ogledziny, w koncu ta oczekina wizyta i opinie. I niestety, to co podejrzewalam. Calosciowe zaburzenie rozwoju inaczej niezklasyfikowane. Brzmi strasznie, prawda?

myslalam, ze bede przygotowana na te wiesc, ale jednak nie bylam i troche zajelo mi dojscie do siebie. Wracam teraz na chwile, zeby sie pozegnac. Za 5 dni wyjedzamy do Manchesteru, na stale, mam nadzieje, ze terapie mowy i wczesna interwencja pomoga.

Boje sie strasznie, nowe miejsce, nosi ludzie, nigdy tam nawet nie bylam. Szukanie pracy, domu, przedszkola, czekanie na angielskie opinie lekarskie, to malo fascynujacy temat na bloga. Po staram sie zamieszkac jeszcze jeden, ostatni wpis z moim osobistym, subiektywnym prewodnikiem po Bangkoku. Postaram sie tez odpowiedziec na pytanie, ktore czesto dostaje. Co sie oplaca, gdzie pojechac, co zobaczyc, co kupic I co sprobowac.

Do uslyszenia

image

 

Reklamy

Noworoczny spacer z Alexem

Ostatni tydzień spędziłam z Alexem w domu i jestem wykończona. Niestety, chyba nie docenił moich starań o tradycję świateczną i nie tknął nawet ani jednej potrawy, ale czas spędziliśmy miło. Codziennie rano zaczynaliśmy dzień od spaceru po naszym osiedlu i dziś chciałabym Wam pokazać, jak wygląda tajski mooban.

Zaczynamy od decyzji, w którą stronę pójdziemy najpierw – w prawo czy lewo, aczkolwiek, nieważne co wybierzemy i tak odwiedzimy wszystkie ulubione miejsca Alexa. Zadziwia mnie czasem jego pamięć przestrzenna, doskonała orientacja w terenie. Jeśli pójdziemy w lewo, najpierw zahaczymy o dom znajomej rodziny z Birmy, która mieszka na końcu ulicy. Mają kilkoro dzieci, więc zawsze przed domem leżą zabawki, piłki, stoją rowery. A do tego mają sporo donic z lotosem, całe zatopione w wodzie, w której dodatkowo pływają rybki. Jaka to frajda połapać te malutkie rybki. Potem biegniemy do domu Annette, tuż za rogiem, która ma ładny ogródek i kwiaty wylewające się na ulicę. Anentte pracuje ze mną, jest tu już 7 lat i zostanie na zawsze. Wraz z  mężem porzucili życie w RPA, ściągnęli syna i pracują razem w szkole. Ich dom jest więc bardzo „domowy”, zadbany, z prawdziwą, zachodnią kuchnią, czyli piekarnikiem i wiszącymi szafkami – prawdziwy luksus. No i jest ładny ogródek z zachodnimi kwiatkami. Nie są rewelacyjne, nie orientuję się co to za gatunek, tylko takie zwykłe, kolorowe stokrotki – małe, chude, wypłowiałe, bardzo niepozorne na tle tajskich pięknych kwiatów, lilii, kolorowych, ogromnych roślin, ale za to – swojskie. I Alex, z jakiegoś pwoodu bardzo je lubi. Muszę wąchać wszystkie, a potem szybko zabierać stamtąd, zanim zacznie zrywać je z krzaka. A potem gnać za nim dalej, bo Alex nie chodzi, Alex biega.

Dalej biegniemydo cegły. Taka zwykla cegła, pustak, używana do podtrzymania bramy, żeby się nie zamykała. Z jakiegoś powodu bardzo fascynująca. Alex próbuje ją podnieść, przesunąć, potem siada przed nią, patrzy na nią zamyślony i wstaje, żeby pobiec dalej. Rutyał powtarzaliśmy codziennie, zawsze z ta chwilą zadumy na koncu i zastanawiam się, czy to przypadek, czy on kogoś naśladuje. Ale już go nie ma, już biegnie do maszyny na wodę. Maszyna na wodę sprzedaję oczyszczoną wodę pitną  – 1 baht za 1 litr, czyli w Polsce byłaby to złotówka za litr. Przynosi się własną butlę i nabiera, to nie jest automat na napoje, a alternatywa dla wody z kranu, która nawet po przefiltrowaniu jest ohydna, a przy okazji zdecydowanie tańsza niż w sklepie, gdzie butelka wody pitnej kosztuje 5 baht za litr, taka najtańsza opcja, a przeciętnei 10 baht. Alex uwielbia otwierac i zamykać drzwiczki tek masyzny, musze go trzymać na rekach i cierpliwie czekać 15 minut aż mu się znudzi, albo po prostu ruszać dalej, bo rzadko mu sie nudzi. Więc w końcu pomimo jego protestów, ruszam w kierunku placu zabaw i w końcu mogę na chwilę przysiąść.

Mamy zaprzyjaźnione mamy i dzieci, ale wciąż jestem znana jako falang. Alex za to znany jest wszystkim po imieniu, jest takim małym, lokalnym celebrytą. Niestety łączy się to z tym, że jest dotykany i macany i specjalnie nie lubi tej uwagi, co chwila słyszę więc wnerwiony jęk i widzę jak wyrywa się kolejnej pani. Ale najczęściej udaje nam się trochę pozjeżdżać an ślizgawce, pobawić w piasku, pobujać w komunalnym hamaku i zakręcić huśtawką w, a potem ruszamy do studzienki kanalizacyjnej i wrzucamy kamienie do ścieków. Trwa to niestety długo i jest to ulubione zajęcie Alexa,  niestety, bo ściek śmierdzi straszliwie. Ma bardzo specyficzny zapach i trudno mi go opisać, ale myślę, że wszyscy, którzy odwiedzili Tajlandię, doskonale go rozpoznają. Pozwalam mu to robić, bo gdzieś tam, na dnie mojej nauczycielskiej głowy tłumaczę sobie, że w sumie to taka pierwsza lekcja „fizyki”. Ruch, kierunek, pluskająca woda, za duże kamienie, za małe kamienie. Widzę, jak inne matki patrzą na mnie z dezaprobą, na szczęście zawsze mogę to zrzucić na zachodnie dziwactwa. A czasem udaje się nam zwerbowac inne dziecko i wtedy juz nie wyglądam głupio.

W końcu odbiegamy od studzienki i teraz idziemy do budki strażnika. Każde osiedle w Tajlandii ma portiernię, nie ważne czy bogate, czy nie, dozorca i budka jest. Podnoszą szlaban, łąpią taksówki, naprawiają, podlewają trawę, poza tym siedzą cały dzień z mieszkańcami i popijaja piwko. Przynajmneij w tych beidniejszych miejscach, bo w tych wyasionych moobanach juz nie. No i dbają o spirit house, który każdy szanujący sie mooban (osiedle) posiada. Co to jest spiryt house? Taki mini ołtarzyk, domek na kurzej nóżce, gdzie składa się ofiary duchom, które zamieszkują w tym domku zamiast w naszym domu – jedzenie, picie, kwiaty. czasami wygląda to komicznie – butelki coli, piwa, kawa na wynos, słodycze. Mój mooban nie jest za duży, wręcz bardzo malutki, za to spirit house jest wielkości powalającej. Mamy tam i figurki słoni i koni, zebry, żółwi i kurczaków, które dumnie bronią wejścia na schody wiodące do samego już spirit house. Masa złota i błyskotek świecących w słońcu. Alex oczywiście uwielbia te zwierzaki i je dotyka, a ja pozwalam mu na to, choć mam wrażenie, że nie jest to do końca miło widziane. Nigdy jednak nie usłyszeliśmy nie, więc głaszczemy te zebry i konie, żółwie i kury i dalej ruszamy na drugi, przeciwległy koniec moobanu, tam gdzie w murze znajduje się dziura i brama do slumsu.

Po drodze jednak zatrzymamy się, żeby pogłaskać każdego psa i kota, który nie będzie przed nami uciekał, a jeśli będzie – bedę musiała próbować je wyciągnąć spod samochodów, gdzie sie skrywają. Alex będzie próbowal ściągać pranie ze sznurków, wskakiwac do kałuży, bedziemy czytać numery na tablicach rejestracyjnych, obrywać sztyczne wisienki zdobiące zakład fryzjerski (neistety Alex jest szybszy niż ja), turlacniznane mi okrągłe owoce lub orzechy zalegające na ziemi, zbierać opadające kwiaty i puszczać je w donicach z wodą. Potem będziemy przeciskac się przez wąskie przejście między parkingiem a żywopłotem i niestety ja muszę też, a jeśli serio się nie da, to ryk jest straszliwy. W końcu dobijamy do dziury i bramy slumsu i tu zawsze próbujemy pogłaskać dwa zawszone kundle, które nie są najbardziej przyjazdne. Próbujemy to za dużo powiedziane, bo próbuje on, a ja próbuję go zabrać i wytłumaczyć, że tych dwóch psów nie należy dotykać. W końcu psy same uciekają. Wtedy zostają nam wisienki do rozdeptywania, dzikie czerwone pypcie,których bym nie tknęła, a Tajowie jedza tak jak my czereśnie. Niestety sezon się kończy i coraz mniej wisienek na drodze, a taka to frajda je deptać.

I powoli wracamy do domu, jesteśmy już na drodze prowadzącej do zakrętu, która nas zabierze do domu. Oczywiście po drodze są jeszcze bardzo ciekawe rzeczy – wyschnięte psie kupy, puste butelki, pety, porzucone śmieci i inne skarby. Nad bramami domów dyndają ozdobne koraliki, wiatraczki, sztuczne motyle i balony, w bramach siedzą znudzone staruszki wolające Alexa, matki z dziećmi. W końcu już wracać czas, minęły dwie godziny od wyjścia. Jutro zrobimy nowy obchód tą samą trasą.

Ten blog oraz wiele więcej postów podróżniczych znajdziesz na

…………………………………………………………………………………………………………………………….

Zdradzona.com

Forum dla osób zdradzonych, podejrzewających zdradę lub tych, które przez nią przeszły

Święta jaśminem pachnące

jaktosierobiwbankoku

Święta zawsze powoduja, ze czuję tęsknotę za domem, za rodziną, świąteczną atmosferą, śniegiem, kolejkami po karpia i zapachem choinki.  Które to już święta poza domem? Nie zliczę. Ile razy tęskniłam tak za smakami i zapachami? Już nawet nie pamiętam. A tu zamiast śniegu mamy tajską zimę czyli 17*C rano i przysięgam, trzęsę się z zimna, bo to tak z dwadzieścia mniej niż zazwyczaj. Choinki stoją, a jakże – wszelkie centra handlowe prześcigają się w postawieniu większej i wyższej, a szał zakupów ogarnia wszystkich – falangów i niefalangów. I na tym już chyba koniec podobieństw.

Tajlandia obchodzi Boże Narodzenie w przedziwny sposób. Szkoła oklejona jest dosłownie ozdobami, bombkami, świecącymi lampkami i łańcuchami. Figurki Mikołaja i bałwanów wylewają sie z każdej sali a jutro każda klasa zaprezentuje piosenkę świąteczną. Są to głównie komercyjne hity z hollywoodzkich blockbusterów, bo o kolędach nikt tu nie słyszał, tak samo jak nikt nie utożsamia tu świąt z religią, nawet w taki banalny sposób jak szopka czy pasterka. Nie ma co się dziwić – oni pewnie czują się podobnie widząc nas obchodzących ich buddyjskie święta, nie mających pojęcia o co naprawdę w nich chodzi. A jutro, 24tego tylko ja będę świętować, bo reszta nauczycieli czeka na środę i czwartek, na indyka lub barbecue, w zależnosci od tego skąd są, na wyjazd lub imprezę. Nikt nie będzie dzielił się opłatkiem, nikt nie złoży mi życzeń imieninowych.

Moje pierwsze święta poza domem były w Stanach i pamiętam jak bardzo zniesmaczyła mnie ich skomercjonalizowana otoczka. Ogrome choinki, domy migoczące od lampek, bombek i wieńcy, prezenty, prezenty, jeszcze więcej prezentów. Teraz dałabym dużo, żeby przeżyć takie święta i poczuć tamtą atmosferę, usiąść przy stole z innymi i cieszyć się chwilą. Jak to się pięknie mówi- mądry Polak po szodzie.

Kilka dni temu zdałam sobie sprawę, że zamiast siedziec i smucić, teraz moja kolej na tworzenie niezapomnianych świąt i atmosfery radości i bliskości, wypełninia domu smakami i zapachami, które na długo zostaną w pamięci Alexa, za którymi będzie kiedyś tęsknił i którym nikt nie dorówna. Więc rzuciłam się do sklepów w poszukiwaniu świeczki zapachowej lub czegokolwiek co pachniałoby jak choinka lub sosna, ale niestety – porażka. Jedyną rzeczą, która znalazłam była mała świeczuszka o zapachu lasu w japońskim sklepie, gdzie wszystko kosztuje 60 baht (czyli super taniocha) – i niestety, świeczka nie pachnie niczym. I tu znowu zaczęłam burczeć, jaka to niedola, jak ja mam tu tworzyc niezapomniane święta, skoro nie będzie zapachu choinki. Na szczęście opamiętałam się w porę i zamiast próbować odtwarzać swoje wspomnienia z mizernym skutkiem, zaczęłam tworzyć nowe, „lokalne”.

Alex będzie miał więc święta fusion, pachnące zapachami z moich podróży i smakujące tym, co polubiłam najbardziej w różnych krajach. Będą mieć więc zapach jaśminu, a tajski jaśmin pachnie obłędnie. Jest piękny, ogromny, całkiem inny niż polski czy europejski, wręcz zniewalający. Choinka na szczęście jest, Tesco i masa innych sklepów oferuje sztuczne drzewka od koloru do wyboru (tak, tak, Tesco, to samo, które jest w Polsce), kolędy ściągnięte z netu. Dzisiaj udało mi się zdobyć buraki, więc będzie barszcz, a dodatkowo koleżanka obdarowała puszką kapusty kiszonej, więc od wczoraj pichcę bigos. Nigdy jakoś nie byłam fanka bigosu, ale darowanej kapuście w zęby się nie zagląda, bigos całkiem, całkiem, a jeszcze na pierogi z kapustą i grzybami zostanie, więc  jestem wręcz porażona nadmiarem szczęścia. Pierogi będą miały akcent azjatycki, a dokładniej chyba koreański, bo użyję gotowych skórek gyoza, które smaży się, a nie gotuje. Zamiast karpia będzie grillowana ryba nadziewana trawą cytrynową, cała otoczona w gruboziarnistej soli a potem  upieczona na grillu. Nie wiem co to za gatunek, ale generalnie obłęd. Sałatka jarzynowa już się przegryza, a zamiast ogórka kiszonego dodałam kapary. Rewelacja. Że też ja nigdy na ten pomysł nie wpadłam, myślę, że kapary na stałe wejdą do mojego przepisu. Będzie też hummus i sałatka z cieciorki, grillowany bakłażan, ser halloumi z suszonymi pomidorami i marchewka po marokańsku. Najtrudniej z deserem, bo ciasta są tu kiepskie, ludzie nie pieką, a w domach nie uświadczy się piekarników. Będę musiała więc coś szybko wymyślić i wpadłam na pomysł, żeby serek kremowy połaczyć z bakaliami, miodem, może orzechami i sezamem, zrobić z tego małe kuleczki otoczone z płatkach migdałowych. Takie mini Raffaello, ale zdrowsze i mam nadzieję, zjadliwe. No i co? I chyba wystarczy, bo kto to zje? Mam wrażenie, że Alex nie tknie większości z tych rzeczy i skończy się tym, że trzeba mu będzie robic ryż smażony z warzywami. W sumie taki ryż to niegłupi pomysł. Łatwo zrobić, dostępny wszędzie, tani i postny. Ryż wigilijny?

Zdrowych i wesołych, rodzinnych i swojskich, pachnących i pysznych Świąt!

jaktosierobiwbankoku

Ile kosztuje zycie w Bankoku

Ludzie czesto dziwia sie, ze zdecydowalam sie zamieszkac tu z Alexem i slysze jaka jestem odwazna i/lub szalona. Sama, z niemowlakiem? Bez rodziny? Bez jezyka? a co z zasilkami, placa, pomoca socjalna? Tysiace pytan.
Tak, wiem. Gdyby ktos powiedzial mi, zebym przeniosla sie teraz do Birmy (a mialam taka oferte), pewnie powiedzialabym to samo. Nie wiem, ile kosztuje zycie, wynajem, ubezpieczenie medyczne. Nie wiem, jak wygladaja szpitale i lekarze, ile trzeba zaplacic niani, na co byloby mnie stac po zaplaceniu rachunkow.

Jak to sie robi w Bankoku, blog podrozniczy

Poniewaz mieszkalam juz wczesniej w Bankoku dwa lata, wiem jak sie tu poruszac, porozumiewac, znam miejsca, strony internetowe, mam znajomych, ktorzy moga pomoc. Wiec przeprowadzka tutaj nie byla szlanstwem i podroza w ciemno, a swiadomym wyborem.

Zarabiam 40 000 baht. To tak przecietna pensja dla falanga. Pryecietna dla Tajskiego nauczyciela to 12.000. Sa szkoly, ktore placa wiecej, i w takiem pracowalam kilka lat temu; sa takie, ktore placa mniej. Wiekszosc szkol oferuje wakacje, bonus i zwracaja za przelot, czasem w jedna, czasem w dwie strony; moja aktualna szkola niestety nie jest taka hojna. Nie mniej nie narzekam, po prostu staram sie znalezc cos lepszego :). Szkoly miedzynarodowe placa rewelacyjnie i oferuja super warunki pracy, niestety wymagaja wyksztalcenia pedagogicznego i lata doswiadczen w zawodzie, nie mam wiec o czym marzyc. Oczywiscie, sa jeszcze szkoly pseudo-miedzynarodowe, dosc samozwancze, ktore sa lepsza wersja tajskiej szkoly prywatnej i placa tak samo jek one. Gdybym byla tu sama, spokojnie bym sobie z tego zyla, nawet teraz z Alexem dalaby rade, ale wole dorobic sobie w soboty i za 4 weekendy mam dodatkowo 12000.

Jak to sie robi w Bankoku, blog podrozniczy

Okolo 20000 idzie na rachunki i pensje dla Pa, mojej niani. Pa dostaje 8500 miesiecznie, pracujac 6 dni w tygodniu, od 7.30-do 17.00-17.30. Oprocz tego, ze zajmuje sie Alexem sprzata mi dom, pierze i prasuje, gotuje lunch dla Alexa. Wynajem domu to 6250, za 3 pokoje plus salon z kuchnia i dwiema lazienkami. Jest to typowy townhouse, jakich cala tu masa, taki szeregowiec, bez szalu, ale generalnie o wynajmie czegos takiego nie marzylabym ani w Polsce ani w Londynie. Rachunek za prad to najwiekszy dodatkowy wydatek, okolo 4000 kiedy klimatyzacja dziala non stop i okolo 2000 teraz, kiedy uzywam jej tylko w nocy. Woda, komorka to drobiazg typu 200 baht. Telewizja kablowa, ktora jest moim wyborem, to okolo 1800 w moim przypadku, z anglojezycznymi programami, Cbeebies dla Alexa i Internetem. Cos jeszcze? No tak, ubezpieczenie medyczne dla Alexa – 1500 baht miesiecznie, naprawde bardzo dobre prywatne ubezpieczenie. Reszta zostaje na zycie.

Jak to sie robi w Bankoku, blog podrozniczy

Nawet gdybym nie pracowala dodatkowo, 20000 starczyloby na jedzenie, zwlaszcza tajskie uliczne, ktore jest rewelacyjne i kosztuje okolo 30-40 baht. Lunch dostaje w pracy za darmo, wiec nie musze sie tym martwic. Pieluchy i mleko w proszku to dosc spory wydatek, ale nic co spedzaloby mi sen z oczu. Z dodatkowymi zarobkami moge spokojnie zyc i wydawac, kupowac zabawki, ubrania i wszystko, co uwazalabym za zbytek i luksus w Europie. Masaze, podroze, za kilka dni lecimy na Bali. Wiem, ze wracajac do UK za kilka lat (a tak sie pewnie stanie) bede cierpiala podwojnie – po pierwsze z biedy , a po drugie ze swiadomosci, co stracilam i ciaglego porownywania. Jest jeszcze opcja zostania tutaj, ale tu pojawia sie wielki dylemat edukacji i szkoly dla Alexa. To juz kompeletnie inny temat, wiec nie bede dywagowac, ale to sie raczej nie stanie. Poki co, mam tu jeszcze kilka lat spokojnego zycia i czas, zeby wymyslic plan B. Jakies pomysly?