Archiwa kategorii: Kultura i obyczaje

Jak to się robi w Manchesterze.

 

image

Wracam tylko na chwile, zeby sie pozegnac. Weszlam na strone po dlugiej nieobecnosci i dopiero od czytalam kilka koemntarzy I wpisow. Dziekuje bardzo za pamięć, nawet nominacje.

wiem, mialam wrocic za chwile, ale zycie mnie dopadlo. Albo autyzm mojego syna. Jestem juz kilka dobrych tygodni po diagnozie I doszlam do siebie, na tyle, zeby moc o tym mówić, zeby jakos sie ogarnac. Najpierw byly podejrzenia, potem szukanie lekarzy, potem czekanie na wizyty, pierwsze ogledziny, w koncu ta oczekina wizyta i opinie. I niestety, to co podejrzewalam. Calosciowe zaburzenie rozwoju inaczej niezklasyfikowane. Brzmi strasznie, prawda?

myslalam, ze bede przygotowana na te wiesc, ale jednak nie bylam i troche zajelo mi dojscie do siebie. Wracam teraz na chwile, zeby sie pozegnac. Za 5 dni wyjedzamy do Manchesteru, na stale, mam nadzieje, ze terapie mowy i wczesna interwencja pomoga.

Boje sie strasznie, nowe miejsce, nosi ludzie, nigdy tam nawet nie bylam. Szukanie pracy, domu, przedszkola, czekanie na angielskie opinie lekarskie, to malo fascynujacy temat na bloga. Po staram sie zamieszkac jeszcze jeden, ostatni wpis z moim osobistym, subiektywnym prewodnikiem po Bangkoku. Postaram sie tez odpowiedziec na pytanie, ktore czesto dostaje. Co sie oplaca, gdzie pojechac, co zobaczyc, co kupic I co sprobowac.

Do uslyszenia

image

 

Szczęśliwego Nowego Chińskiego Roku

DSC04721

Tajlandia kocha świętować, a jeśli się da – nie pracować. Obchodzą zachodni Nowy Rok, w marcu ich rodzimy, Songkran; a dziś mamy Chiński Nowy Rok. Wszyscy noszą czerwone, jedwabne chińskie suknie, szkoła zorganizowała paradę smoków. Kiedy uczyłam kilka dobrych lat temu w Chinach, wszyscy zajadali siętradycyjnym  Moon Cake, tradycyjnym ciastem wypelnionym różnym nadzieniem, często niestety durianowym; które było absolutnie ohydne. Jeśli durian to tylko suszony, żadna inna forma do mnie nie przemawia –smakuje tak jak pachnie i nie czuję tego niebiańskiego smaku ukrywającego się pod kloacznym zapachem. Dzieci, czasem dorośli, dostają czerwone koperty z pieniędzmi, czerwone lampiony ze złoconymi ozdobami wirują w powietrzu, a zakochane pary siedzą na dachach do północy, czekając na księżyc. Albo przynajmniej powinny.

Znacie historię Chińskiego horoskopu? Dawno, dawno temu w krainie szczęśliwości żył Emperor ze zwierzętami i wszyscy byli równi, ale niestety, jak to z wszystkimi bywa, niektórzy chcieli być równiejsi. Zwierzęta poprosiły Emperora by powiedział, które z nich jest ajważniejsze, najlepsze, Emperor postanowił więc urządzić wyścig, który miał rozstrzygnąć tę zagadkę. Gotowi,do startu, start – zwierzęta ruszają do biegu i prowadzi Wół. Ale sprytny Szczur, tuż za nim, wskoczył mu na grzbiet, przedostając się w ten sposób na drugi brzeg potoku, po czym zeskoczył i pobiegł do przodu, pierwszy przekraczając metę. Szczury są więc przebiegłe, nieuczciwe, sprytne i dobrze radza sobie w zyciu, nie zawsze dzięki ciężkiej pracy. Ale oszustwu. Wół był drugi, trochę wolniejszy, ale wytrwale dążący do przodu, uczciwy i uparty. Inne zwierzęta miały różne przygody po drodze – jedne ratowały innych, kończąc na odległych miejscach, inne zatrzymały się na obiad i drzemkę i skończyły ostatnie. Z tej całej historii łatwo zapamiętać charatery zwierząt opisujące tych, którzy urodzili się pod danym znakiem. Ja jestem Wołem, i nie do końca się zgadzam ze swoją charakterystyką – uparcie dążąca do jasno określonego celu, uparta, stateczna. Chwilowo mam jeszcze większy mętlik w głowie niż zwykle i brak odpowiedzi nakażde z tysiąca pytań. Bliżej mi chyba do Strzelca, który biega z miejsca na miejsce, podróżuje i ma wciąż nowe pomysły.

Ale lubię wszelkiego rodzaju przepowiednie przyszłości, a tarota w szczególności. Sama posiadam talię i od wielu już lat stawiam sobie, czasem innym, starając się wyczytać przyszłość. Kiedyś planowałam nawet napisac książkę o różnych formach wróżenia i będąc w nowym kraju starałam się znaleźć lokalnego wróżbitę i poznać nowe metody. W Chinach głównie czyta się z reki i miałam okazjębyć u wróża, który wyglądał jak prosto z chinskiego filmu. Miał chyba z 1000 lat, długą, siwą brodę z całych 15 włosów, siedział ubrany w czerwone kimono i czapkę czarodzieja i byłam bardzo podekscytowana, że go odkryłam. Cóż, według jego przepowiedni powinnam mieć szóstkę synów, którzy zaopiekują się mną na starość. Ta prognoza bardzo ubawiła mojego ówczesnego męża, który wysłuchiwał jego słów, a który to również nigdy nie chciał mieć dzieci. Jak się domyślacie, nigdy się to nie stało. W Kambodży królowały zwykłe karty i nie pamiętam dokłądnie przepowiedni, ale jest wielka szansa, że również miałam mieć cała masę synów, być może nie aż sześciu, a tylko czterech. W Brazylii poznałam kompletnie nieznaną mi wcześniej metode buzios (tak się przynajmniej wymawiało, pisownia może byc trochę inna). Pani miała czarodziejski pokoik pełen odpowiednich gadżetów, a że nie mówiła po angielsku, musiałam pojechać z Karoline, moją brazylijską „siostrą”, która tłumaczyła. Pani więc sprytnei wypytała się jej najpierw co tu robię, skąd mie zna i tak w ciągu pierwszych pięciu minut wiedziała już wszystko co chciała. Ale nie wiedziała, że tydzien później opuszczałam Brazylię, miałam zakupiony bilet i już dość  intensywnie zaplanowaną przyszłość. Pani  przepowiedziała mi sławnego, bogatego i super przystojnego męża na miejscu, w Brazylii, i tylko jednego syna. I tu się nie pomyliła, z tym synem znaczy się, aczkolwiek nie stało się to w Brazylii, a pięć lat później w Londynie, za to sławnego i bogatego męża nigdy nie miałam i mieć nie będę.

A co nam przyniesie Rok Konia? Nie wiem, trzeba znaleźć jakiś dobry horoskop. Albo postawić sobie tarota. Mam nadzieję, że przyniesie odpowiedzi na te wszystkie męczące mnie pytania, co dalej, gdzie dalej, gdzie jechać, czy w ogóle jechać. Czeego także wszystkim życzę. I dużo pieniędzy, to tak a propos czerwonych kopert; wiele słodyczy, to tak a propos chińskich Moon Caków, a mojej kuzynce, której blog bierze udział w konkursie na Blog Roku, zeby wygrała. Jeśli nie macie na kogo głosować,a lubicie dobre, zabawne, sarkastyczno-ironiczne teksty , to polecam. Matkojedyna.blogspot. com.

Szczęśliwego Nowego Chińskiego Roku!

……………………………………………………………..

Ten i więcej wpisów znajdziecie na http://www.blogerzyzeswiata.pl/

Faszyn from Raszyn / Rangsit – niepotrzebne skreślić

Dzisiaj zabawię się w szafiarkę, ale nie bedę Mafashion czy Jessicą Mercedes, czy inną panią (przepraszam, jeśli pomyliłam imiona, nie było to celowe, mnie już, po prostu długo w kraju nie ma i nie jestem na bieżąco). Będzie to raczej Faszyn from Raszyn Rangsit albo moje spojrzenie na modę w Tajlandii.

Moda tajska to pewnego rodzaju paradoks. Patrzę na ciuchy tych kobiet i w 99% nie chciałabym tego nigdy założyć. Ba, nie założyłabym tego, nawet gdyby mi za to zapłacono. Patrzę na to, co sprzedaje się na rynku ale też w drogich domach towarowych i mogłabym codziennie wrzucać setki zdjęć pod tytułem : „czego nie nosić”. Dziwne angielskie nadruki, często z błędami, do góry nogami, bez sensu to jeden z trendów. Dość często widzę kobiety noszące kolorowe sukienki z kwatkami i koronkami, z wielkim logo AD/CD lub innymi nazwami metalowych zespołów. Oczywiscie, nei mają pojęcia, że to w ogóle coś znaczy. Inny, bardzo popularny trend, chyba najbardziej, to „bling bling” Błyskotki, paciorki, kolorowe szkiełka i sztuczne diamenty, zwisające breloczki na złotych łańcuszkach z dodatkowymi neonowymi efektami, cekiny i nity, najlepiej wszystko naraz. A na to jeszcze troche błyszczącej, plastikowej biżuterii.  I jeszcze trochę koronki i szydełkowy kołnierzyk, gdyby blingu było za mało. Tkaniny są chyba najbardziej przerażajace, bo sztuczne, stylonowo-nonironowe, łatwe do wyprania, strzepnięcia i wysuszenia, ohydne do noszenia. Kiedyś, jedna ze szkół w której pracowałam, szyła dla nas kostiumy i koszule, i cały zestaw był niestety ze sztucznej tkaniny. W tym upale i przy tej wilgotności miałam wrażenie, że jestem mokra i spocona non stop, nawet w klimatyzowanej klasie. Wydawałoby się, że wszystko będzie tylko z bawełny i naturalnych tkanin, niestety jest odwrotnie.

Ale pomimo tego wszystkiego, pomimo tych dziwnych kolorów, przykrótkich sukienek, sztucznych materiałów, plisowanych pstrokacizn ozdobionych złotym piórkiem i wiórkiem, Tajki wyglądają rewelacyjnie. Nie wiem dlaczego, ale tak jest. Może dlatego, że 99% z nich jest ultra szczupła i smukła i nie ważne co założą, wyglądają jak modelki? Myślę, że w Europie czy Stanach od razu okrzykniętoby je anorektyczkami, ale tu jest to traktowane jako naturalne i pożądane – im szczuplej, tym lepiej.

A może dlatego, że rzadko można spotkać kobietę, która ma kiepskie włosy, a jeśli się już zdarzy, to napewno będzie to osoba, która próbowała je rozjaśnić lub walnąć sobie trwałą, żeby wyglądać bardziej zachodnio. Za to kobiet z pięknymi, błyszczącymi, długimi włosami jest cała masa, chodzące reklamy szamponów.

Może dlatego, że Tajki nie potrzebują makijażu, a jeśli już to bardzo delikatny, jakieś lekkie pociagnięcie błyszczykiem i gotowe. Może dlatego, ze chowając się przed słońcem mają piękną cerę i nigdy się nie świecą, bo zawsze są lekko natalkowane? Może też dlatego, ze w Tajlandii nie biega się, nie spieszy, nikt tu nie truchta ani nie pędzi, wszyscy chodzą powoli, spokojnie. Jeszcze nigdy nie widziałam spieszącego się Taja, ale wierzcie mi, spóźniaja się notorycznie, po pół godziny albo i więcej. Nie wiem, może to wszystko naraz. Wyraziste rysy, piękne karnacje, smukłe ciała i powolne sunięcie jak po wybiegu powoduje, że nawet w  najbardziej kretyńskich, kiczowatych zestawach panie wyglądają sexy i dobrze. Też bym tak chciała- wytoczyć się z łóżka, zarzucić włosem, ziewnąć, wskoczyć w dowolny ciuszek i voila – gotowa do drogi. A tu? Brutalna rzeczywistość nie pozwala. Może musze się nauczyć od nich, że nie ważne co się nosi, ważne jak się nosi. A nosi się tak jakby to był milion dolarów i najnowszy ciuch od Diora.

Chyba, że mają okazję do pokazania się i wyjścia i wtedy mamy kolory galore i niebezpiecznie zbliżamy się w rejony trans. Tęcza to za mało powiedziane, tęcza z brokatową posypką i małym pawiem to już bliższe prawdy. Dzień Dziecka, który obchodzi sie jutro, to taka okazja do odpicowania się i pokazania najlepszych ciuchów. To nie jest bal przebierańców, to nie jest święto, gdzie nabijamy się i przesadzamy i robimy głupi makijaż. Co prawda hasło przewodnie to kolorowo i kwieciście, więc można spodziewać się kakofonii kolorów, ale pamiętajmy – mamy wyglądać dobrze. Seksownie. Pięknie. Zamiast tego mamy tapir, brokat, litry lakieru do włosów, najbardziej różowy róż z możliwych, centymetr pudru na twarzy i akcesoria, które można sprzedawać w sklepie zabawkarskim.

Trochę głupio pisać mi o dzieciach, bo w sumie to nie ich wina, że ociekają makijażem i nadmiernym seksapilem. Ubierają je mamy, pindrzą nauczycielki, skąd mają więc czerpiać dobre wzory? Pimping zaczyna się wcześniej, później traktowany jest więc jako oczywistość. Codzienna modę dziecięcą pokażę wam w kolejnym poście, czasami mam wrazenie, że nie różni się tak bardzo od tej odświętnej.

Co tam, panie, w polityce?

Wczoraj musiałam pojechać do urzędu emigracyjnego żeby zrobić tzw. 90 dni, czyli małe meldowanko, które robi się właśnie co 90 dni – wciąż tu jestem, wciąż legalnie.

A że mieszkam na dalekich przedmieściach Bankoku to podlegam pod urząd emigracyjny tychże, nie tego głównego w centrum, lecz znajdującego się na dalekim wypiździewie, po prostu. Wsiadałam w taksówkę i pół godziny później byłam w miejscu, które przypomniało mi o podróżach, o tej Tajlandii, którą pamiętam sprzed kilku lat, kiedy miałam dużo płatnych wakacji i mogłam włóczyć się pociągami i autobusami.

Tajlandia, która jest nagle w innej czaso-przestrzeni – wolna, rozciagliwa od żaru i upału, lekko zaspana. Czas płynie wolniej, ludzie śpią w hamakach, kimają na motorkach swoich przenośnych straganów, sprzedają kawę w plastikowych reklamówkach wypełnionych lodem, taki tajski odpowiednik Starbucksa i take away’a. Lokalsi uśmiechają się na widok falangów, czasem patrzą zadziwieni, obserwują nas jakbyśmy byli przybyszami z kosmosu. Wszystko jest przykurzone i stare, farba obłazi, rdza zżera, plastikowe torebki zwisające z wiatraków pod sufitem, kręca się w kółko nad straganami, odganiając muchy.

I właśnie wczoraj znowu poczułam ten klimat i zapach, którego nie umiem określić, ale mi wszystkie miejsca i podróże kojarzą się z zapachami. Czasem, jakaś delikatna nuta zapachowa potrafi przypomnieć momenty sprzed kilku lat, sutyacje i miejsca. Wczoraj, z jakiegoś dziwego powodu, poczułam się jakbym była w Krabi, gdzie jest takie przedziwne miejsce, otwarte muzeum pokazujące piekło i czyściec, w którym monstrualnej wielkości dziwne, kiczowate rzeźby wyginają się w cierpieniach, a diabły nadziewają na widły grzeszników.

Odstałam swoje 15 minut w kolejce, otoczona głównie emigrantami z Birmy – spracowanymi, spalonymi słońcem, spoconymi, przygnębionymi. Niedawno, tak z dwa lata temu, skończyłam drugą magisterkę w Lodynie  – Polityczną ekonomię konfliktu, przemocy i rozwoju, i wraz z moja grupą musieliśmy przygotować prezentację na temat wybranego kraju przeżywającego wlaśnie konflikt lub wojnę domową. Prezentowaliśmy Birmę i teraz, za każdym razem widząc Birmańczyków, próbuję zgadnąć, przez jakie koszmary musieli przebrnąć, żeby znaleźć się tu, w tej kolejce, szukając pracy za grosze, pozwalając się wykorzystać, bo nie mają innych opcji. A w dodatku w Tajlandii wciąż iskrzy i zgrzyta.

Sytuacja nie zmieniła się przez ostatnie kilka tygodni i na pewno nie zmieni się do lutego, kiedy to mają odbyć się wybory. Czytam różne strony mądre, poświęcone temu tematowi i wszystkie mówią mniej więcej to samo. Sytuacja jest napięta, w lutym nastąpi kulminacja, ale nie wiadomo co będzie. Niektórzy starają się przewidzieć rozwój wypadków, ale myślę, że w przypadku Tajlandii to trochę jak zgadywanie, bo jest tu jeden bardzo nieprzewidywalny czynnik – Tajlandia. Tajska logika i tajski czas – te określenia szybko wchodzą do słownika osób, kóre tu zamieszkują. Logika – jesli coś jest nielogicznego, to na pewno będzie uznane za słuszne. Czas – gumowy, rozciągnięty, zawsze opóźniony. To przecież kilka dni temu chciano zająć ZOO w ramach akcji protestacyjnej, ale gdy cały Internet złapał się za brzuch ze smiechu, zrezygnowano z tego pomysłu. Tak, ZOO jest kluczowym obiektem w rozgrywce politycznej obu stron.

Tajlandia stoi właśnie na rozdrożu i nie wiadomo co będzie. To nie tylko Taksin vs. demokratyczny rząd i miłościwie nam panujący, to także ASEAN zbliżający się wielkimi krokami. Za rok Tajlandia powinna być zwarta i gotowa, żeby przystąpić do tej Unii Azjatyckiej a myślę, że bedzie targana personalnymi wojnami i walką o władzę, która będzie rosła proporcjonalnie do stanu zdrowia króla. Czasem myślę, że to początek końca Bankoku jaki znamy, czasem myslę, że to przesada. Tajlandia i jej plaże wciąż będą przyciągać masy turystów, piekne kobiety wabić spragnionych miłości mężczyzn a manpeilaizm oferować odskocznie od zachodniej kultury, kryzysu i wyścigu szczurów. Mam nadzieję. I za to właśnie wypijmy capuccino z zielonej herbaty.

Noworoczny spacer z Alexem

Ostatni tydzień spędziłam z Alexem w domu i jestem wykończona. Niestety, chyba nie docenił moich starań o tradycję świateczną i nie tknął nawet ani jednej potrawy, ale czas spędziliśmy miło. Codziennie rano zaczynaliśmy dzień od spaceru po naszym osiedlu i dziś chciałabym Wam pokazać, jak wygląda tajski mooban.

Zaczynamy od decyzji, w którą stronę pójdziemy najpierw – w prawo czy lewo, aczkolwiek, nieważne co wybierzemy i tak odwiedzimy wszystkie ulubione miejsca Alexa. Zadziwia mnie czasem jego pamięć przestrzenna, doskonała orientacja w terenie. Jeśli pójdziemy w lewo, najpierw zahaczymy o dom znajomej rodziny z Birmy, która mieszka na końcu ulicy. Mają kilkoro dzieci, więc zawsze przed domem leżą zabawki, piłki, stoją rowery. A do tego mają sporo donic z lotosem, całe zatopione w wodzie, w której dodatkowo pływają rybki. Jaka to frajda połapać te malutkie rybki. Potem biegniemy do domu Annette, tuż za rogiem, która ma ładny ogródek i kwiaty wylewające się na ulicę. Anentte pracuje ze mną, jest tu już 7 lat i zostanie na zawsze. Wraz z  mężem porzucili życie w RPA, ściągnęli syna i pracują razem w szkole. Ich dom jest więc bardzo „domowy”, zadbany, z prawdziwą, zachodnią kuchnią, czyli piekarnikiem i wiszącymi szafkami – prawdziwy luksus. No i jest ładny ogródek z zachodnimi kwiatkami. Nie są rewelacyjne, nie orientuję się co to za gatunek, tylko takie zwykłe, kolorowe stokrotki – małe, chude, wypłowiałe, bardzo niepozorne na tle tajskich pięknych kwiatów, lilii, kolorowych, ogromnych roślin, ale za to – swojskie. I Alex, z jakiegoś pwoodu bardzo je lubi. Muszę wąchać wszystkie, a potem szybko zabierać stamtąd, zanim zacznie zrywać je z krzaka. A potem gnać za nim dalej, bo Alex nie chodzi, Alex biega.

Dalej biegniemydo cegły. Taka zwykla cegła, pustak, używana do podtrzymania bramy, żeby się nie zamykała. Z jakiegoś powodu bardzo fascynująca. Alex próbuje ją podnieść, przesunąć, potem siada przed nią, patrzy na nią zamyślony i wstaje, żeby pobiec dalej. Rutyał powtarzaliśmy codziennie, zawsze z ta chwilą zadumy na koncu i zastanawiam się, czy to przypadek, czy on kogoś naśladuje. Ale już go nie ma, już biegnie do maszyny na wodę. Maszyna na wodę sprzedaję oczyszczoną wodę pitną  – 1 baht za 1 litr, czyli w Polsce byłaby to złotówka za litr. Przynosi się własną butlę i nabiera, to nie jest automat na napoje, a alternatywa dla wody z kranu, która nawet po przefiltrowaniu jest ohydna, a przy okazji zdecydowanie tańsza niż w sklepie, gdzie butelka wody pitnej kosztuje 5 baht za litr, taka najtańsza opcja, a przeciętnei 10 baht. Alex uwielbia otwierac i zamykać drzwiczki tek masyzny, musze go trzymać na rekach i cierpliwie czekać 15 minut aż mu się znudzi, albo po prostu ruszać dalej, bo rzadko mu sie nudzi. Więc w końcu pomimo jego protestów, ruszam w kierunku placu zabaw i w końcu mogę na chwilę przysiąść.

Mamy zaprzyjaźnione mamy i dzieci, ale wciąż jestem znana jako falang. Alex za to znany jest wszystkim po imieniu, jest takim małym, lokalnym celebrytą. Niestety łączy się to z tym, że jest dotykany i macany i specjalnie nie lubi tej uwagi, co chwila słyszę więc wnerwiony jęk i widzę jak wyrywa się kolejnej pani. Ale najczęściej udaje nam się trochę pozjeżdżać an ślizgawce, pobawić w piasku, pobujać w komunalnym hamaku i zakręcić huśtawką w, a potem ruszamy do studzienki kanalizacyjnej i wrzucamy kamienie do ścieków. Trwa to niestety długo i jest to ulubione zajęcie Alexa,  niestety, bo ściek śmierdzi straszliwie. Ma bardzo specyficzny zapach i trudno mi go opisać, ale myślę, że wszyscy, którzy odwiedzili Tajlandię, doskonale go rozpoznają. Pozwalam mu to robić, bo gdzieś tam, na dnie mojej nauczycielskiej głowy tłumaczę sobie, że w sumie to taka pierwsza lekcja „fizyki”. Ruch, kierunek, pluskająca woda, za duże kamienie, za małe kamienie. Widzę, jak inne matki patrzą na mnie z dezaprobą, na szczęście zawsze mogę to zrzucić na zachodnie dziwactwa. A czasem udaje się nam zwerbowac inne dziecko i wtedy juz nie wyglądam głupio.

W końcu odbiegamy od studzienki i teraz idziemy do budki strażnika. Każde osiedle w Tajlandii ma portiernię, nie ważne czy bogate, czy nie, dozorca i budka jest. Podnoszą szlaban, łąpią taksówki, naprawiają, podlewają trawę, poza tym siedzą cały dzień z mieszkańcami i popijaja piwko. Przynajmneij w tych beidniejszych miejscach, bo w tych wyasionych moobanach juz nie. No i dbają o spirit house, który każdy szanujący sie mooban (osiedle) posiada. Co to jest spiryt house? Taki mini ołtarzyk, domek na kurzej nóżce, gdzie składa się ofiary duchom, które zamieszkują w tym domku zamiast w naszym domu – jedzenie, picie, kwiaty. czasami wygląda to komicznie – butelki coli, piwa, kawa na wynos, słodycze. Mój mooban nie jest za duży, wręcz bardzo malutki, za to spirit house jest wielkości powalającej. Mamy tam i figurki słoni i koni, zebry, żółwi i kurczaków, które dumnie bronią wejścia na schody wiodące do samego już spirit house. Masa złota i błyskotek świecących w słońcu. Alex oczywiście uwielbia te zwierzaki i je dotyka, a ja pozwalam mu na to, choć mam wrażenie, że nie jest to do końca miło widziane. Nigdy jednak nie usłyszeliśmy nie, więc głaszczemy te zebry i konie, żółwie i kury i dalej ruszamy na drugi, przeciwległy koniec moobanu, tam gdzie w murze znajduje się dziura i brama do slumsu.

Po drodze jednak zatrzymamy się, żeby pogłaskać każdego psa i kota, który nie będzie przed nami uciekał, a jeśli będzie – bedę musiała próbować je wyciągnąć spod samochodów, gdzie sie skrywają. Alex będzie próbowal ściągać pranie ze sznurków, wskakiwac do kałuży, bedziemy czytać numery na tablicach rejestracyjnych, obrywać sztyczne wisienki zdobiące zakład fryzjerski (neistety Alex jest szybszy niż ja), turlacniznane mi okrągłe owoce lub orzechy zalegające na ziemi, zbierać opadające kwiaty i puszczać je w donicach z wodą. Potem będziemy przeciskac się przez wąskie przejście między parkingiem a żywopłotem i niestety ja muszę też, a jeśli serio się nie da, to ryk jest straszliwy. W końcu dobijamy do dziury i bramy slumsu i tu zawsze próbujemy pogłaskać dwa zawszone kundle, które nie są najbardziej przyjazdne. Próbujemy to za dużo powiedziane, bo próbuje on, a ja próbuję go zabrać i wytłumaczyć, że tych dwóch psów nie należy dotykać. W końcu psy same uciekają. Wtedy zostają nam wisienki do rozdeptywania, dzikie czerwone pypcie,których bym nie tknęła, a Tajowie jedza tak jak my czereśnie. Niestety sezon się kończy i coraz mniej wisienek na drodze, a taka to frajda je deptać.

I powoli wracamy do domu, jesteśmy już na drodze prowadzącej do zakrętu, która nas zabierze do domu. Oczywiście po drodze są jeszcze bardzo ciekawe rzeczy – wyschnięte psie kupy, puste butelki, pety, porzucone śmieci i inne skarby. Nad bramami domów dyndają ozdobne koraliki, wiatraczki, sztuczne motyle i balony, w bramach siedzą znudzone staruszki wolające Alexa, matki z dziećmi. W końcu już wracać czas, minęły dwie godziny od wyjścia. Jutro zrobimy nowy obchód tą samą trasą.

Ten blog oraz wiele więcej postów podróżniczych znajdziesz na

…………………………………………………………………………………………………………………………….

Zdradzona.com

Forum dla osób zdradzonych, podejrzewających zdradę lub tych, które przez nią przeszły

Święta jaśminem pachnące

jaktosierobiwbankoku

Święta zawsze powoduja, ze czuję tęsknotę za domem, za rodziną, świąteczną atmosferą, śniegiem, kolejkami po karpia i zapachem choinki.  Które to już święta poza domem? Nie zliczę. Ile razy tęskniłam tak za smakami i zapachami? Już nawet nie pamiętam. A tu zamiast śniegu mamy tajską zimę czyli 17*C rano i przysięgam, trzęsę się z zimna, bo to tak z dwadzieścia mniej niż zazwyczaj. Choinki stoją, a jakże – wszelkie centra handlowe prześcigają się w postawieniu większej i wyższej, a szał zakupów ogarnia wszystkich – falangów i niefalangów. I na tym już chyba koniec podobieństw.

Tajlandia obchodzi Boże Narodzenie w przedziwny sposób. Szkoła oklejona jest dosłownie ozdobami, bombkami, świecącymi lampkami i łańcuchami. Figurki Mikołaja i bałwanów wylewają sie z każdej sali a jutro każda klasa zaprezentuje piosenkę świąteczną. Są to głównie komercyjne hity z hollywoodzkich blockbusterów, bo o kolędach nikt tu nie słyszał, tak samo jak nikt nie utożsamia tu świąt z religią, nawet w taki banalny sposób jak szopka czy pasterka. Nie ma co się dziwić – oni pewnie czują się podobnie widząc nas obchodzących ich buddyjskie święta, nie mających pojęcia o co naprawdę w nich chodzi. A jutro, 24tego tylko ja będę świętować, bo reszta nauczycieli czeka na środę i czwartek, na indyka lub barbecue, w zależnosci od tego skąd są, na wyjazd lub imprezę. Nikt nie będzie dzielił się opłatkiem, nikt nie złoży mi życzeń imieninowych.

Moje pierwsze święta poza domem były w Stanach i pamiętam jak bardzo zniesmaczyła mnie ich skomercjonalizowana otoczka. Ogrome choinki, domy migoczące od lampek, bombek i wieńcy, prezenty, prezenty, jeszcze więcej prezentów. Teraz dałabym dużo, żeby przeżyć takie święta i poczuć tamtą atmosferę, usiąść przy stole z innymi i cieszyć się chwilą. Jak to się pięknie mówi- mądry Polak po szodzie.

Kilka dni temu zdałam sobie sprawę, że zamiast siedziec i smucić, teraz moja kolej na tworzenie niezapomnianych świąt i atmosfery radości i bliskości, wypełninia domu smakami i zapachami, które na długo zostaną w pamięci Alexa, za którymi będzie kiedyś tęsknił i którym nikt nie dorówna. Więc rzuciłam się do sklepów w poszukiwaniu świeczki zapachowej lub czegokolwiek co pachniałoby jak choinka lub sosna, ale niestety – porażka. Jedyną rzeczą, która znalazłam była mała świeczuszka o zapachu lasu w japońskim sklepie, gdzie wszystko kosztuje 60 baht (czyli super taniocha) – i niestety, świeczka nie pachnie niczym. I tu znowu zaczęłam burczeć, jaka to niedola, jak ja mam tu tworzyc niezapomniane święta, skoro nie będzie zapachu choinki. Na szczęście opamiętałam się w porę i zamiast próbować odtwarzać swoje wspomnienia z mizernym skutkiem, zaczęłam tworzyć nowe, „lokalne”.

Alex będzie miał więc święta fusion, pachnące zapachami z moich podróży i smakujące tym, co polubiłam najbardziej w różnych krajach. Będą mieć więc zapach jaśminu, a tajski jaśmin pachnie obłędnie. Jest piękny, ogromny, całkiem inny niż polski czy europejski, wręcz zniewalający. Choinka na szczęście jest, Tesco i masa innych sklepów oferuje sztuczne drzewka od koloru do wyboru (tak, tak, Tesco, to samo, które jest w Polsce), kolędy ściągnięte z netu. Dzisiaj udało mi się zdobyć buraki, więc będzie barszcz, a dodatkowo koleżanka obdarowała puszką kapusty kiszonej, więc od wczoraj pichcę bigos. Nigdy jakoś nie byłam fanka bigosu, ale darowanej kapuście w zęby się nie zagląda, bigos całkiem, całkiem, a jeszcze na pierogi z kapustą i grzybami zostanie, więc  jestem wręcz porażona nadmiarem szczęścia. Pierogi będą miały akcent azjatycki, a dokładniej chyba koreański, bo użyję gotowych skórek gyoza, które smaży się, a nie gotuje. Zamiast karpia będzie grillowana ryba nadziewana trawą cytrynową, cała otoczona w gruboziarnistej soli a potem  upieczona na grillu. Nie wiem co to za gatunek, ale generalnie obłęd. Sałatka jarzynowa już się przegryza, a zamiast ogórka kiszonego dodałam kapary. Rewelacja. Że też ja nigdy na ten pomysł nie wpadłam, myślę, że kapary na stałe wejdą do mojego przepisu. Będzie też hummus i sałatka z cieciorki, grillowany bakłażan, ser halloumi z suszonymi pomidorami i marchewka po marokańsku. Najtrudniej z deserem, bo ciasta są tu kiepskie, ludzie nie pieką, a w domach nie uświadczy się piekarników. Będę musiała więc coś szybko wymyślić i wpadłam na pomysł, żeby serek kremowy połaczyć z bakaliami, miodem, może orzechami i sezamem, zrobić z tego małe kuleczki otoczone z płatkach migdałowych. Takie mini Raffaello, ale zdrowsze i mam nadzieję, zjadliwe. No i co? I chyba wystarczy, bo kto to zje? Mam wrażenie, że Alex nie tknie większości z tych rzeczy i skończy się tym, że trzeba mu będzie robic ryż smażony z warzywami. W sumie taki ryż to niegłupi pomysł. Łatwo zrobić, dostępny wszędzie, tani i postny. Ryż wigilijny?

Zdrowych i wesołych, rodzinnych i swojskich, pachnących i pysznych Świąt!

jaktosierobiwbankoku

Miłość w Bankoku

jaktosierobiwbankoku

Hahaha… Już słyszę ten sardoniczno-ironiczny, gorzki śmiech setek kobiet, które przybyły kiedyś do Bankoku i pomyślały, że miło by było znaleźć kogoś specjalnego, taka mała wisienka na torcie. Kilka tygodni później ze zdumieniem stwierdzają, że nikt specjalnie się nimi nie interesuje, a po 2-3 miesiącach pobytu, patrząc na kolejną parę cudzoziemiec-Tajka, dochodzą do wniosku, że miłość w Bankoku spotyka tylko mężczyzn. Mówimy tu oczywiście o mężczyznach z tzw. zachodu.

Ale czy to rzeczywiście prawda? Moja koleżanka właśnie dzisiaj wyszła za mąż, za spotkanego tu Taja i jest to druga taka moja znajoma para. Jest to bardzo rzadkie i wszyscy to przyznają, że Taj i cudzoziemka to dziwny widok i mało spotykana okoliczność. Moja pierwsza znajoma para tego typu wciąż żyje szczęśliwie w Stanach, mają dziecko, wychowują też jego córkę z pierwszego związku i są moim ulubionym małżeństwem. Znam jeszcze jedną parę, oboje ze Stanów, spotkali się tu,  po czym wrócili do domu razem, pobrali, pokonali przeciwności losu – on alkoholizm, ona nauczyła się żyć na nowo po utracie wzroku i jest instruktorką jogi. Mieszkają razem ze swoim tajskim psem, którego zabrali ze sobą, najpiękniejszą białą kulką puchu, jaką kiedykowliek widziałam. A więc jednak  trzy pary. Całe trzy pary, gdzie kobieta falang znalazła swoją miłość w Bankoku.

Ale, ale… Wiem, że mój blog czytają kobiety  z Tajlandii, więc może one coś dorzucą, jakiś ochłap no pocieszenie duszy? Bo  kiedy co jakiś słyszę pytanie od znajomych „spotkałaś może kogoś?” automatycznie patrze ze zdziwieniem i mówię ” W Bankoku?” na co słyszę: „no przecież nie każdy facet z zachodu chce być tylko z Tajką, muszą być jacyś, którzy chcą kobietę z zachodu”. Otóż nie, nie ma. Serio, uwierzcie mi. Te jakieś pojedyńcze przypadki potwierdzają tylko regułę, ze Bankok jest miejscem, gdzie kobiety z zachodu staja się „przezroczyste”, tracą swoją kobiecość i potencjał zostania dziewczyna, partnerką, żoną. Zostajemy koleżankami z pracy, znajomymi, kumpelami, wysłuchujemy opowieści o kolejnych podbojach, związkach, dziewczynach, zdradach i miłościach.

Właśnie teraz siedzę w pracy, nieopodal grupki moich znajomych nauczycieli, którzy zapomnieli się chyba, a może nawet mają to gdzieś, że jestem kobietą i opowiadają sobie o swoich dziewczynach, żonach i generalnie Tajkach. Pracując trzeci rok w tym kraju, jestem już do tego przyzwyczajona, przeszłam już przez okres zdziwienia, wnerwienia, buntu i prób walki przeciwko „systemowi”, zaakceptowałam fakt, że tak już tu jest i nie analizuję tego szczególnie, nie oburzam się, nie biorę osobiście.

Za to gdyby zapytać mężczyzn o miłość w Bankoku, odpowiedź byłaby całkiem inna – „Tak, tak oczywiście, najlepsze miejsce świata, sklep ze słodyczami; cud, miód, malina”. Na 26 mężczyzn, z kórymi pracuję tylko 2 nie ma partnerki Tajki, wiem, że szukają i jeden z nich ostatnio chyba kogoś spotkał. W mojej poprzedniej szkole było podobnie, jednyna różnica polegała na tym, że o ile w mojej szkole mam masę żonatych i  dzieciatych panów żyjących szczęśliwym życiem rodzinnym, tam miałam masę graczy i bawidamków, stałych bywalców Patpong, czyli dzielnicy czerwonych świateł, po prostu seks-turystów. Patrzyłam na tych gamoni i ofermy i nie wierzyłam własnym oczom. Wybaczcie moją niepoprawność polityczną, ale inaczej tego nazwać się nie da.

Faceci, których nikt nie chciałby tknąć w ich ojczystym kraju, nagle paradowali z nieziemsko pięknym, smukłymi, młodymi pięknościami, zawsze na wysokich obcasach i zrobionymi na bóstwo; których zadaniem było wzbudzenie zazdrości i podziwu  u innych facetów – „big wow, stary!” i „ten to ale ma laskę, pozazdrościć!”. I o ile w przypadku facetów to działało, to my, kobiety raczej wiedziałyśmy, że panie te sa z nim dla a) ich pieniędzy b) paszportu c) jednego i drugiego. Jasne, nie zawsze, zdarzały się szczere związki, ale w 99% była to właśnie taka sytuacja. I kiedy próbowałysmy im to powiedzieć, słyszałyśmy, że jesteśmy zazdrosne i że jak takie mądre jesteśmy, to pokażmy tego naszego faceta, i że oni już nigdy, przenigdy nie będą z kobietą z zachodu, bo jesteśmy brzydsze, grubsze, gorzej się starzejemy, a do tego mamy fochy, no i wymagamy. No i tu urywała się duskusja i nawet jak sobie w myślach mówiłyśmy – „i tak bym Cię nie chciała”, to po kilku miesiącach psycha siadała, samoocena jeszcze bardziej i można było spokojnie na kozetkę się kłaść, powtarzać sobie mantry „jestem super, fajna i w ogóle wow” a i tak nie pomagało. Na około mnie widziałam masę superfajnych, atrakcyjnych kobiet, które były w podobnej sytuacji i robiły dobrą minę do złej gry. Cóż innego pozostawało?

Na szczęście od czasu do czasu słyszę historie, które są miodem na moją duszę i powinnam słuchać ich częściej. O tym, że te piękne panie żądają pensji i jest to całkiem sporej. Tak z 30 tys. baht na miesiąc, choć cena waha się bardzo w zależności od części Tajlandii. I nie jest to pensja na utrzymanie domu, jedzenie i opłaty, to pieniądze na to, żeby owa pani mogła robić się na bóstwo i kupować seksowne ciuszki. O tym, że panie te, samozwańczo mianując się  „żonami”, dalej chcą być zapraszane, wożone, obsypywane prezentami i traktowane jak królewny, za co w zamian będą odgrywały uległe, zakochane i wpatrzoną jak w obraz. Że chcą spać tylko w pościeli z Hello Kitty (to moja ulubiona historia), bo Doremon kompletnie im nie pasuje  (Doremon to Tajska odpowiedź na różowego kotka –  niebieski, wnerwiający, muzykalny kot, pozbawiony za grosz seks appealu); i że w ogóle mają jeszcze kilku mężów, rozsianych gdzieś po świecie, ślących im pieniądze i naiwnie wierzących w ich tęsknotę i miłość. Wtedy czuję się lepiej, uśmiecham się pod nosem i konkluduję, że chyba wolę być samotna.

Acha, ten co tak pluł na grube, brzydkie kobiety z zachodu, został samotny i porzucony po tym, jak jego żona dostala paszport w Londynie i teraz niestety zmuszony jest poszukiwać wśród brzydkich i grubych Angielek. I dobrze mu tak, kara idealna, lepszej bym nie wymyśliła. A moja koleżanka, która miała dziś wyjść za mąż, niestety zrobić tego nie mogła, bo urzędnik, ten co to mógł ich pożenić, nie stawił się do pracy i kazali im wrócić jutro. Tylko w Bankoku.

Dzień jak co dzień: tango na boisku

jaktosierobiwbankokuDzisiaj, zamiast tradycyjnego aerobiku na moim osiedlowym boisku, pan uczył tango. Dziwny to widok, bo tango mało płynne było i strasznie kanciaste, ale jeszcze dziwniejsze było słyszeć tango śpiewane po tajsku. Mogłam to w sumie nagrać na video.

Dzień jak co dzień: Hej kolęda, kolęda!

koledaŚwięta za pasem, czas na kolędę… W Tajlandii, na moim osiedlu, odbywa się ona codziennie. Mamy stałego mnicha, tak jak sąsiednie osiedla mają swoich. Jego wizyta zaczyna się od krótkiej modlitwy przed bramą osiedlową, a potem obchodzi domy, gdzie dostaje jedzenie. Czy również pieniądze, tego nie wiem, nigdy nie zaobserwowalam. Za nim chodzi pomocnik, który ciągnie wózek wypełniony darami.

Dzień Ojca, czyli niech żyje król

jaktosierobiwbankoku

Czego można spodziewać się po Dniu Ojca w szkole? Kartki dla taty? Występów dzieci? Tańców i piosenek? Nic z tych rzeczy. Dzień Ojca to jeszcze jedna okazja, żeby uczcić króla i złożyć mu hołd, żeby po dwóch tygodniach prób i ćwiczenia najniższego pokłonu z możliwych (czytaj rozpłaszczenie na ziemi w dziwacznej pozie) w końcu odśpiewać hymn szkoły, pokłonić się przed jego portetem i spędzić 5 minut na medytacji. Pojawiają się ważne osobistości, których nie widziałam wcześniej na oczy, a podobno są właścicielami szkoły, ktoś przemawia przez chwilkę, a potem zaczynają się nieskończone zdjęcia z obowiązkowym gestem V. Można wracać do klasy.

Dzieci stają w kolejce i nauczycielka wkłada im do torby prezent, który wcześniej zrobiły z asystentką, ostrożnie, żeby nie popsuć. Wszyscy udajemy, że wierzymy, że dziecko było w stanie zrobić doniczkę owiniętą welną w kolorowe wzory razem z papierowym kwiatem origami posypanum złotym brokatem. Do tego zdjęcie dziecka z tatą wycięte w fikuśny kształ, naklejone na małą deseczkę, pod spodem krótki wierszyk po angielsku, a całość włożona w plastikowa torebkę, na którą naklejono „Kocham tatę” po angielsku, z tradycyjnym już błędem. Dzień Ojca można uznac za zakończony.

Dzień Ojca obchodzony jest w dniu urodzin króla – 5 grudnia – i jest to dzień wolny od pracy. Takie mini święto, a że w tym roku wypada w czwartek, to dołożono wolny piątek i tak mamy długi weekend. Tajlandia kocha długie weekendy, czasami zdarzaają się 3 w jednym miesiącu, w sumie nie mam nic przeciwko temu. Czasem zastanawiam się, co stanie się z dniem ojca, kiedy król zejdzie z tego padołu. Co prawda ma syna, który mógłby bycjego następcą, ale tego nie chce nikt. O królu i rodzinie królewskiej źle mówić nie wolno, ale tu udało mi się dowiedzieć, ze to playboy i bawidamek, który lubi towarzystwo dam lekkich obyczajów, a ponadto podejrzewa się, że ma AIDS. Takiego króla nie chce nikt i wiadomo, że niedługo sytuacja się nieźle skomplikuje, bo w sumie powinien nastąpić koniec monarchii.

Aktualne zamieszki, które wciąż trwaja, powinny skończyć się jutro, właśnie w Dniu Ojca. Nie jest to jakaś wyssana z palca data, nie jest to też okazja, żeby protestujący mogli wrócić do domu i dostać kartkę okolicznościową od dziecka, tak naprawdę jest to symboliczne okazanie szacunku dla króla, udawanie, ze wszystko w tym kraju gra i wszyscy zgodnie, wszczęściu i pokoju uczczą władcę. Show must go on. A tymczasem mamy 4 ofiary śmiertelne, najgłupsza liczba jaką można sobie wyobraźić. Nie to, żeza mało, że wolałabym by było więcej, chciałam, żeby ofiar było zero. Kretyńska strzelanina, bez celu i sensu skończyła się tragicznie dla kilku osób i ich rodzin, kiedy wszystko mogło zakończyć się pokojowo. Teraz mówi się o Occupy Twitter, opozycja chce robic miliony zdjęć, które mają uniemożliwić Taksinowi używanie Twittera jako kanału komunikacji, co ma utrudnić koordynację zadań.

Wracając do króla i Dnia Ojca. Będzie, nie będzie? Będzie obchodzony na zawsze 5 grudnia? Co stanie się z tymi wszystkimi obchodami i sposobami na czczenie króla? Już od kilku dni wszystkie drogi i moobany (osiedla, które mają budkę strazniczą) zostały udekorowane portretami króla, kwiatami, szarfami w nieprzypadkowych kolorach. Zółty to kolor królewski i naprawdę reprezentuje złoto i bogactwo, kwiaty i dekoracje bedą głównie w tym kolorze. Plus dadatkowy róż, bo różowy jest ukochanym kolorem, dobrym na każdą okazję, dla małych, dużych, starych i młodych.
Zdjęcia i bilbordy z królem zdobią bangkok pzez cały rok, nie tylko dzisiaj. Król witany przez farmerów, król w mnisich szatach, król z aparatem fotograficznym. Wszystkie zdjęcia zrobione są przez oficjalnego fotografa królewskiego, zatwierdzone i dopuszczone do prezentacji publicznej. Nie uświadczysz zdjecia króla w gaztecah plotkarskich, na stronach internetowych, nie znajdziesz artykułów o ostatniej fryzurze królowej czy jej sukniach. To dla plebsu i zdecydowanie poniżej poziomu królewskiego.

Króla czci się wszędzie i o każdej porze. Codziennie rano o 8.00 Tajlandia zamiera i wszyscy odśpiewują hymn narodowy, to chyba jedyny moment, kiedy szkoła jest cicha. Spóźnialscy, ci którzy schodzą na dół na apel – stają na baczność przy pierwszych dźwiękach hymnu i w spokoju odczekują do jego końca. Nawet w kinie wszyscy muszą wstać przed rozpoczęciem filmu – falang nie falang i odśpiewać pieśń królewską, a dopiero potem ze spokojem można zacząć jeść popcorn. Kilka lat temu, kiedy król był dość poważnie chory i spędzał tygodnie w szpitalu, wszyscy nosili żółte koszule polo co piątek, w ramach jednoczenia się z królem i dodawania mu sił. I kiedy mówię, że wszyscy, naprawdę byli to wszyscy, z wyjątkiem turystów. Wtedy też głośno było o turyście, który wysikał się przed bilbordem króla, nie wiadomo czy celowo, czy przypadkowo, ale został natychmiast aresztowany i deportowany. Mówiło się, że miał dużo szczęścia, że nie został wrzucony do ciemnego, tajskiego więzienia. Prawda to czy mit, z króla się nie żartuje.
Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Ojca! Miłego weekendu