Archiwa kategorii: Jedzenie

Jak to się robi w Manchesterze.

 

image

Wracam tylko na chwile, zeby sie pozegnac. Weszlam na strone po dlugiej nieobecnosci i dopiero od czytalam kilka koemntarzy I wpisow. Dziekuje bardzo za pamięć, nawet nominacje.

wiem, mialam wrocic za chwile, ale zycie mnie dopadlo. Albo autyzm mojego syna. Jestem juz kilka dobrych tygodni po diagnozie I doszlam do siebie, na tyle, zeby moc o tym mówić, zeby jakos sie ogarnac. Najpierw byly podejrzenia, potem szukanie lekarzy, potem czekanie na wizyty, pierwsze ogledziny, w koncu ta oczekina wizyta i opinie. I niestety, to co podejrzewalam. Calosciowe zaburzenie rozwoju inaczej niezklasyfikowane. Brzmi strasznie, prawda?

myslalam, ze bede przygotowana na te wiesc, ale jednak nie bylam i troche zajelo mi dojscie do siebie. Wracam teraz na chwile, zeby sie pozegnac. Za 5 dni wyjedzamy do Manchesteru, na stale, mam nadzieje, ze terapie mowy i wczesna interwencja pomoga.

Boje sie strasznie, nowe miejsce, nosi ludzie, nigdy tam nawet nie bylam. Szukanie pracy, domu, przedszkola, czekanie na angielskie opinie lekarskie, to malo fascynujacy temat na bloga. Po staram sie zamieszkac jeszcze jeden, ostatni wpis z moim osobistym, subiektywnym prewodnikiem po Bangkoku. Postaram sie tez odpowiedziec na pytanie, ktore czesto dostaje. Co sie oplaca, gdzie pojechac, co zobaczyc, co kupic I co sprobowac.

Do uslyszenia

image

 

Święta jaśminem pachnące

jaktosierobiwbankoku

Święta zawsze powoduja, ze czuję tęsknotę za domem, za rodziną, świąteczną atmosferą, śniegiem, kolejkami po karpia i zapachem choinki.  Które to już święta poza domem? Nie zliczę. Ile razy tęskniłam tak za smakami i zapachami? Już nawet nie pamiętam. A tu zamiast śniegu mamy tajską zimę czyli 17*C rano i przysięgam, trzęsę się z zimna, bo to tak z dwadzieścia mniej niż zazwyczaj. Choinki stoją, a jakże – wszelkie centra handlowe prześcigają się w postawieniu większej i wyższej, a szał zakupów ogarnia wszystkich – falangów i niefalangów. I na tym już chyba koniec podobieństw.

Tajlandia obchodzi Boże Narodzenie w przedziwny sposób. Szkoła oklejona jest dosłownie ozdobami, bombkami, świecącymi lampkami i łańcuchami. Figurki Mikołaja i bałwanów wylewają sie z każdej sali a jutro każda klasa zaprezentuje piosenkę świąteczną. Są to głównie komercyjne hity z hollywoodzkich blockbusterów, bo o kolędach nikt tu nie słyszał, tak samo jak nikt nie utożsamia tu świąt z religią, nawet w taki banalny sposób jak szopka czy pasterka. Nie ma co się dziwić – oni pewnie czują się podobnie widząc nas obchodzących ich buddyjskie święta, nie mających pojęcia o co naprawdę w nich chodzi. A jutro, 24tego tylko ja będę świętować, bo reszta nauczycieli czeka na środę i czwartek, na indyka lub barbecue, w zależnosci od tego skąd są, na wyjazd lub imprezę. Nikt nie będzie dzielił się opłatkiem, nikt nie złoży mi życzeń imieninowych.

Moje pierwsze święta poza domem były w Stanach i pamiętam jak bardzo zniesmaczyła mnie ich skomercjonalizowana otoczka. Ogrome choinki, domy migoczące od lampek, bombek i wieńcy, prezenty, prezenty, jeszcze więcej prezentów. Teraz dałabym dużo, żeby przeżyć takie święta i poczuć tamtą atmosferę, usiąść przy stole z innymi i cieszyć się chwilą. Jak to się pięknie mówi- mądry Polak po szodzie.

Kilka dni temu zdałam sobie sprawę, że zamiast siedziec i smucić, teraz moja kolej na tworzenie niezapomnianych świąt i atmosfery radości i bliskości, wypełninia domu smakami i zapachami, które na długo zostaną w pamięci Alexa, za którymi będzie kiedyś tęsknił i którym nikt nie dorówna. Więc rzuciłam się do sklepów w poszukiwaniu świeczki zapachowej lub czegokolwiek co pachniałoby jak choinka lub sosna, ale niestety – porażka. Jedyną rzeczą, która znalazłam była mała świeczuszka o zapachu lasu w japońskim sklepie, gdzie wszystko kosztuje 60 baht (czyli super taniocha) – i niestety, świeczka nie pachnie niczym. I tu znowu zaczęłam burczeć, jaka to niedola, jak ja mam tu tworzyc niezapomniane święta, skoro nie będzie zapachu choinki. Na szczęście opamiętałam się w porę i zamiast próbować odtwarzać swoje wspomnienia z mizernym skutkiem, zaczęłam tworzyć nowe, „lokalne”.

Alex będzie miał więc święta fusion, pachnące zapachami z moich podróży i smakujące tym, co polubiłam najbardziej w różnych krajach. Będą mieć więc zapach jaśminu, a tajski jaśmin pachnie obłędnie. Jest piękny, ogromny, całkiem inny niż polski czy europejski, wręcz zniewalający. Choinka na szczęście jest, Tesco i masa innych sklepów oferuje sztuczne drzewka od koloru do wyboru (tak, tak, Tesco, to samo, które jest w Polsce), kolędy ściągnięte z netu. Dzisiaj udało mi się zdobyć buraki, więc będzie barszcz, a dodatkowo koleżanka obdarowała puszką kapusty kiszonej, więc od wczoraj pichcę bigos. Nigdy jakoś nie byłam fanka bigosu, ale darowanej kapuście w zęby się nie zagląda, bigos całkiem, całkiem, a jeszcze na pierogi z kapustą i grzybami zostanie, więc  jestem wręcz porażona nadmiarem szczęścia. Pierogi będą miały akcent azjatycki, a dokładniej chyba koreański, bo użyję gotowych skórek gyoza, które smaży się, a nie gotuje. Zamiast karpia będzie grillowana ryba nadziewana trawą cytrynową, cała otoczona w gruboziarnistej soli a potem  upieczona na grillu. Nie wiem co to za gatunek, ale generalnie obłęd. Sałatka jarzynowa już się przegryza, a zamiast ogórka kiszonego dodałam kapary. Rewelacja. Że też ja nigdy na ten pomysł nie wpadłam, myślę, że kapary na stałe wejdą do mojego przepisu. Będzie też hummus i sałatka z cieciorki, grillowany bakłażan, ser halloumi z suszonymi pomidorami i marchewka po marokańsku. Najtrudniej z deserem, bo ciasta są tu kiepskie, ludzie nie pieką, a w domach nie uświadczy się piekarników. Będę musiała więc coś szybko wymyślić i wpadłam na pomysł, żeby serek kremowy połaczyć z bakaliami, miodem, może orzechami i sezamem, zrobić z tego małe kuleczki otoczone z płatkach migdałowych. Takie mini Raffaello, ale zdrowsze i mam nadzieję, zjadliwe. No i co? I chyba wystarczy, bo kto to zje? Mam wrażenie, że Alex nie tknie większości z tych rzeczy i skończy się tym, że trzeba mu będzie robic ryż smażony z warzywami. W sumie taki ryż to niegłupi pomysł. Łatwo zrobić, dostępny wszędzie, tani i postny. Ryż wigilijny?

Zdrowych i wesołych, rodzinnych i swojskich, pachnących i pysznych Świąt!

jaktosierobiwbankoku

Market uliczny

Tak jak slumsy mieszają się ze strzeżonymi osiedlami pięknych willi, tak uliczne stragany otaczają drogie, ekskluzywne centra handlowe. Od jednej, małej budki lub motoru z tacą pełną słodyczy, do ogromnych rynków, rozlewają się na ulicach, wdzierają w każdy zakamarek, chowają za rogiem. Tanie, kolorowe, pełne niespodzianek, nowych smaków i zapachów, są genialnym miejscem na poznanie tajskiego kolorytu.

A moze cos tajskiego na zab?

Dostalam pierwsze zamowienie na post. Tu specjalnie na prosbe Ani przepis na tajskie jedzenie. W sumie fajny pomysl, bede dodawac nowe przepisy, jak uda mi sie znalezc takie, ktore mozna zrobic w Polsce lub mozna znalezc fajne zamienniki. Smacznego!

Yum woon sen aka salatka ze szklanego makaronu

Skladniki:
1. makaron „szklany”  z fasoli mung
2. lyzka mielonej wieprzowiny
3. chinski seler ktory spokojnie zamianiamy na mlode liscie selera naciowego
4. szalotka albo inna cebula wedlug uznania (powinna byc dosc ostra)
5. chilli , w razie gdy nie uzywamy swiezego chilli uwazam, ze lepiej dodac kilka kropli tabasco lub innego plynnego sosu chilli, niz suszone
6. odrobina cukru, jesli macie to brazowy

Sosy:
rybi, ktory w kuchni tajskiej zastepuje sol
z lemonki, na prawde inny i lepszy niz cytrynowy, ale jesli nie ma co sie lubi…

Uwagi:

Makaron szklany makaronowi szklanemu nie rowny, a co to oznacza? Naprawde sa dwa rodzaje, ten drugi, jest jesli sie nie myle, jest sojowy, i jest nie do pogryzienia. Mam nadzieje, ze uda sie trafic na ten dobry, moze sprzedawca pomoze?

Tajskie jedzenie zawsze miesza 4 smaki: slony (sos rybi), ostry (chilli), kwasny (lemonka) i slodki (cukier). Laczcie te smaki, nie zapomnijcie o odrobinie cukru.

Sos rybi, umowmy sie, smierdzi, bo jest na bazie anchovies. Ale pamietajcie, ze dajecie go troszke i wtedy nie jest wyczuwalny, zapach tez znika, nie rezygnujcie z niego.

Przygotowanie:

1. Makaron namoczcie w cieplej wodzie. Nie goracej, bo rozklei sie i zlepi w jedna mazista pape. Jesli po namoczeniu okolo 15 minut wciaz jest twardawy, na chwile wlozcie to wrzatku, zamieszajcie i wyjmijcie. W Tajlandii maja sitka na raczce, takie mini durszlaczki, ktore wkladaja w gar pelen wrzatku. Dwa okrecenia i gotowe. Coz, jesli makaron jest dalej twardy, to oznacza to, ze mamy ten niejadalny…

2. Wieprzowine podsmazamy na oleju na chrupiace skwarki. Jest to dodatek raczej, nie zas glownyy skladnik, nie powinno byc go wiele, na serio jedna lyzka

3. Szalotke tniemy na plasterki, chilli siekamy na male kawaleczki (po usunieciu pestek! to one nadaja ostrosci), liscie selera szybko siekamy.

4. Mieszamy sosy – lemonkowy z cukrem i rybim. Trudno podac mi proporcje, ale sprobojcie 1 lyzeczke sosu rybnego na 4 z lemonki. Nie wiem, jak zachowa sie ta mieszanka z sokiem cytrynowym, mysle, ze da bardziej kwasny smak, wiec dodajcie mniej. Pamietajcie o chilli, ktore zmieni jego smak no i o cukrze, ktory zlagodzi kwasnosc. Sprobujcie przed dodaniem, zaden smak nie powinien przewazac, mozna dodac troche wody jesli jest za mocny.

5. Mieszamy wszystkie skladniki razem i polewamy makaron, ktory powinien wchlonac smaki.

Powinno to wygladac tak:

Mozna dodac do tego rozne skladniki, ktore samemu sie wybiera –  krewetki, grzyby (delikatne w smaku), kawalki parowki, paluszki z kraba, malze, nozki kurze, a dokladniej ta chrzastka ze stop… ten ostatni dla odwaznych.

Mozna dodac co sie lubi, kawalki ugotowanego kurczaka pewnie tez sie nadadza. Inne popularne dodatki to male pomidarki, te malo kwasne, i prazone orzeszki ziemne (bez soli).

Wydaje mi sie, ze tajskie sosy i przyprawy mozna kupic w wiekszych supermarketach – Almie albo Piotrze i Pawle. A jesli nie mozecie znalezc, moze sprobowac kupic online?