Archiwa kategorii: Bankok

Jak to się robi w Manchesterze.

 

image

Wracam tylko na chwile, zeby sie pozegnac. Weszlam na strone po dlugiej nieobecnosci i dopiero od czytalam kilka koemntarzy I wpisow. Dziekuje bardzo za pamięć, nawet nominacje.

wiem, mialam wrocic za chwile, ale zycie mnie dopadlo. Albo autyzm mojego syna. Jestem juz kilka dobrych tygodni po diagnozie I doszlam do siebie, na tyle, zeby moc o tym mówić, zeby jakos sie ogarnac. Najpierw byly podejrzenia, potem szukanie lekarzy, potem czekanie na wizyty, pierwsze ogledziny, w koncu ta oczekina wizyta i opinie. I niestety, to co podejrzewalam. Calosciowe zaburzenie rozwoju inaczej niezklasyfikowane. Brzmi strasznie, prawda?

myslalam, ze bede przygotowana na te wiesc, ale jednak nie bylam i troche zajelo mi dojscie do siebie. Wracam teraz na chwile, zeby sie pozegnac. Za 5 dni wyjedzamy do Manchesteru, na stale, mam nadzieje, ze terapie mowy i wczesna interwencja pomoga.

Boje sie strasznie, nowe miejsce, nosi ludzie, nigdy tam nawet nie bylam. Szukanie pracy, domu, przedszkola, czekanie na angielskie opinie lekarskie, to malo fascynujacy temat na bloga. Po staram sie zamieszkac jeszcze jeden, ostatni wpis z moim osobistym, subiektywnym prewodnikiem po Bangkoku. Postaram sie tez odpowiedziec na pytanie, ktore czesto dostaje. Co sie oplaca, gdzie pojechac, co zobaczyc, co kupic I co sprobowac.

Do uslyszenia

image

 

Reklamy

Wybory w Bangkoku

Za czym kolejka ta stoi? Po demokrację, po stary porządek, po więcej bałaganu i długich lat transformacji? Przeddzień wyborów przyniósł 6 ofiar śmiertelnych, dzisiejszy poranek jest  – jak na razie – spokojny. Stacje wyborcze ustawiono na terenie lokalnego marketu; tuż obok głosujących,  biznes kwitnie jak zwykłe – smażony kurczak, owoce, ciuchy i zabawki.

Szkoła ostrzegła nas przed ewentualnym wybuchem agresji i mamy być przygotowani na ewentualny dzień wolny. W sumie, dlaczego nie?

Ogród królowej Sirikit, czyli trochę słońca z Bangkoku

Bangkok to ogromne, zakurzone i gorące miasto, które potrafi zmęczyć. Krótkie wyjście, wycieczka, zwiedzanie czy zkaupy powodują, że chce się na chwilę przysiąść gdzies na trawie, napić, odpocząć, ale takich miejsc praktycznie nie ma. Jest Lumpini Park, który bardzo lubię, z jeziorkiem i ogromnymi jaszczurami, które nagle wychodza z wody. Jest Jajutak Green, park zaraz obok weekendowego targu Chatuchak, który znajduje się na liście do zobaczenia większości turystów. Takich miejsc przydałoby się więcej. Tajlandia mogłaby wyglądać jak rajskie ogrody przy odribinie wysiłku, z niesamowitymi kwiatami, intensywnymi kolorami i piekną roślinnością, niestety zamiast tego mamy suche chwasty, śmieci wzdłuż dróg i beton.

Wczoraj szkoła zabrała nas do ogrodu im. królowej Sirikit, znajdującego się tuż obok parku Chatuchak, tak – jeden park obok drugiego, choć ten drugi trochę ukryty, schowany z tyłu. Po krótkim praniu mózgu i oglądnięciu filmu wideo o wspaniałej parze królewskiej, w końcu byliśmy wolni i mogliśmy pobiegac w słońcu. „Zima” zniknęła dosłownie z dnia na dzień i upał znowu zaczyna doskwierać. Wszystkim szykującym się do przyjazdu i tym, którzy siedzą w zimowych pieleszach, przesyłam trochę słońca.

W odpowiedzi na emaile i zapytania o sutuacje w Bangkoku

W ciagu ostatnich dni dostaje bardzo wiele emaili, na ktore nie jestem w stanie odpowiaac indywidualnie, pozwolcie wiec, ze zrobie to tutaj. Wszyscy zadaja w sumie to samo pytanie – czy jako osoba mieszkajaca w Tajlandii moge powiedziec, ze planowany przyjazd za kilka dni bedzie bezpieczny.

Niestety, nie umiem odpowiedziec, bo chyba nikt nie jest stanie przewidziec wypadkow kilku kolejnych dni. Tajskie protesty wygladaja bardzo inaczej niz zachodnie – nikt tu nie biega, nie krzyczy, nie rzuca kamieniami czy gazem lzawiacym, nie ma armatek wodnych. Ludzie siedza na jednym miejscu/placu, jest mownica, jest czesto muzyka – wyglada to bardziej jak przygotowanie do koncertu na swiezym powietrzu niz zamieszki. Ale zabito jednego z przywodcow opozycji, a dzisiaj wybuchla walizka na lotnisku miedzynarodowym Suvarnabhumi. Jakie bedzie mialo to konswekwencje? Nie mam pojecia. O ile nie boje sie o zdrowie/zycie i turysci rowniez nie powinni, nikt nie umie zagwarantowac, ze nie zamkna ruchu powietrznego co oznacza chaos, koszty, koczowanie na lotnisku i brak mozliwosci opuszczenia Tajlandii.

Wiem, ze nie pomoglam i wciaz pozostaja watpliwosci, ale niestety nikt nie jest w stanie powiedziec nic jednoznacznie.

Stan wyjatkowy w Bangkoku

Do wszystkich, ktorzy wybieraja sie do Tajlandii i pytaja mnie o sytuacje-wczoraj rzad zdecydowal sie wprowadzic stan wyjatkowy, ktory zaczyna sie dzis i ma trwac 60 dni. Oznacza to, ze policja, armia I rząd, ktore Dotad Nautralne in Byly. ie braly udzialu w rozbrajaniu demonstracji, od dzisiaj beda czynnie dzialac i dostosowywac swoje dzialania do sytuacji.Podejrzewam, ze sytuacja bedzie stawac sie coraz bardziej napieta im blizej wyborow. Nikomu nie stanie sie nic zlego, jesli bedziecie omijac 6 punktow, gdzie zbieraja sie demonstranci, natomiast moga byc problemy z lotami i musicie sie liczyc, ze trzeba bedzie przedluzyc wakacje. Dla poslugujacych sie angielskim polecam Twitter @ Richard Barrows, ma chyba najswiezsze wiadomosci non stop. Jesli Planujecie Zostacw Bangkoku, polecam Khao San Rd, ktory Wciaz Pozostaje beztroski I bezpieczny, Przynajmneij Dotychczas. I link do mapy Demonstracji Http://news.bbc .co.uk/2/hi/asia-pacific/8686921.stm

Poniedziałkowo

W ciągu ostanich kilku dni dostałam dużo listów, emaili i komentarzy z ciepłymi słowami, z pytaniami o samopoczucie, pełne troski. Dziękuję bardzo, wszystkim razem i z osobna, i wszystkim też mówię – nie martwcie się, serio – wygląda to gorzej niż jest w rzeczywistosci.

Bo sytuacja w Bangkoku jest dziwna i można ją przedstawić dwojako – „wszystko w porządku”, lub „bomby, granaty i ranni”. W sobotę rano pojechałam do pracy, mojej dodatkowej, sobotniej szkoły, która jest już bliżej centrum i nagle zobaczyłam wyludnione ulice, puste centrum handlowe i ruch uliczny mniejszy o pewnie z połowę. Jeszcze nigdy nie zajechałam tak szybko, jeszcze nigdy nie widziałam tak pustej autostrady, gdzie normalnei ślęczę półtorej godziny w korku. Bangkok i demonstranci zdaje się być przyczajony, ale co jakiś czas daje o sobie znać – a to zastrzelony śmieciarz, a to wybuch granatu raniący demonstrantów, a to pomniejsze protesty w innych częściach miasta.

A z drugiej strony turyści robiący sobie zdjęcia z protestującymi i straganiarzy sprzedajacych koszulki z nadrukiem „Przeżyłam zamnknięcie Bangkoku”, robiących świetny interes. Mój znajomy, który pojechał wczoraj zobaczyć jak to wyglada w rzeczywistości, wrócił zniesmaczony i posunął się wręcz do kuriozalnego stwierdzenia, że ” już wiem o co w tym wszystkim chodzi, te demonstarcje to po to, żeby zwiekszyć sprzedaż i zarobić więcej kasy.” To już chyba dość daleko posunięte wnioski i byłaby to najdziwniejsza strategia sprzedaży – demonstracje i protesty jako czynnik zwiekszający popyt. Już widze nowe tematy magisterek ;). To na pewno nie tak i trzeba pamiętać, że jesteśmy w Tajlandii, nie można więc się spodziewać protestów w zachodnim stylu czy tego, że wszyscy przyłącza się do demonstarcji i całe miasto ruszy do boju.

Ale faktem jest, że oprócz kilku miejsc w Bangkoku, gdzie nie należy się pojawiać, jeśli życie ci miłe, życie toczy się dalej. Turyści oblegają Khao San jedząc pad thai i ujeżdżając tuk-tuki, centra handlowe kuszą końcówką wyprzedaży, a moi znajomi przylatują dziś w nocy i za kilka dni ruszają na Phi Phi, żeby spędzić wakacje w raju.  Gdyby spojrzeć na miasto z lotu ptaka, zobaczyć by można kilka pukcików, gdzie tłum jest większy niż zwykle i to tam, w tych sześciu czy siedmu miejscach, nie należy sie pojawiać. Nie należy też nosić czerwieni i żółci, tak na wszelki wypadek, gdyby przypadkiem trafiło się nie w to miejsce o nie tej porze. Poza tym można spać spokojnie, planować podróże, rezerwować bilety i mierzyć bikini. Nic nikomu sie nie stanie. Więc strapione mamy podróżujacych córek, śpijcie spokojnie; ci, którzy nie wiedzą, czy rezerwować bilety- rezerwujcie; ci, którzy nie wiedzą, czy będą mogli zwiedzić zamek królewski -na pewno się wam uda. Nie kupujcie tylko tych koszulek z napisem o zamknięciu Bangkoku, bo z tego wszyscy będą się śmiać.

źróło: blogs.cfr.org
źróło: blogs.cfr.org

Demonstracje w Bangkoku

Dzisiaj rano obudziłam się i zobaczyłam email od TVN24 z pytaniem czy nie zechciałabym skomentować sytuacji w Bangkoku podczas wieczornych wiadomości. Najpierw pomyśłałam, że to żart, potem, że może jeszcze śnię, w końcu była 6.00 rano, potem dotarło do mnie, że to jednak jawa i email jest jak najbardziej serio. Może inni blogerzy, którzy piszą od lat i znani są wirtualnie, mają już takie niespodzianki za sobą, dla mnie był to mój „pierwszy raz” i stres lekko przygniótł, na szczęście już po wszystkim, mam nadzieję, że coś sensownego zdołałam sklecić.

Ale stres pozostał, choć spowodowany czym innym, bo zaczęłam się lekko bać. Do tej pory nikt nic nie mówił o całej sytuacji, mówię tu o moich znajomych nauczycielach, o pokoju nauczycielskim. Czasami ktos coś napomykał i tak naprawde rozmawiałam z jednym znajomym zainteresowanym polityką. Dzisiaj nagle wszyscy siedzieli zaniepokojeni, snując plany ewentualnej ucieczki. Wszyscy planują uciekać do Kambodży, z tymże większość z nich ma motory lub samochody, a ja, cóż – co najwyżej wózek mogę pchać i szybko przebierać nogami. Dopadł mnie niepokój, bo mówi się o odcięciu Internetu, telefonii komórkowej, wody i prądu, mówi się o zamknięciu ruchu lotniczego za dwa dni. W tym wypadku nie będzie można nawet wylecieć i zostaje droga lądowa. Chociaż banki miały być otwarte i obiecały pełne bankomaty, wypłaciłam dzisiaj wszystkie pieniądze, bo zajęcie kont bankowych jest legalne w tym kraju i można stracić wszystkie pieniądze bezpowrotnie. Poza tym zaraz idę nabierać wodę do butelek, tak na wszelki wypadek. Pewnie nie martwiłabym się tak, gdybym nie była tu z Alexem, ale moim zdaniem pokojowe demonstracje będa do czasu i wszystko skończy sie wielką rozróbą i ofiarami smiertelnymi. Ostatnio było ich 70, więc całkiem nie mało. Nie martwię się o życie, czy bezpieczeństwo, martwię się o brak jedzenia, wody pitnej, pieluch i mleka w proszku.

Mówi się o podburzaniu mieszkańców, o tym, że prowokuje się bójki, za które wini się demonstrantów, ba – nawet zastrzelono kilku policjantów – wszystko by spowodować gniew i złość mieszkańców Bangkoku, co mialoby pociągnąć za sobą przemoc i policja, do tej pory neutralna, będzie musiała zacząć działać. A jeśli do akcji wkroczy policja, wkroczy i armia i tu już zacznie się walka na serio i skończy się pokojowa atmosfera. Wszyscy (mówię tu o falangach) są przekonani, że dojdzie do rezlewu krwi, pytanie tylko kiedy. Pytanie jak długo będzie to trwało i jakie skutki pociągnie za sobą.

Dziasiaj, kilka godzin wcześniej, miałam rozmowę w sprawie pracy w Malezji i czekam z niecierpliwością na odpowiedź, choć przyjdzie mi poczekać z tydzień. Nie, moja decyzja o wyjeździe nie była spowodowana sytuacja polityczna, tak się akurat złożyło, że fajna możliwość się pojawiła a wszystko zbiegło się w czasie. Pytanie- dostanę, nie dostanę? Zdołam wylecieć, czy będę musiała jechać do granicy i wylatywać z Kambodży lub innego sąsiedniego kraju? Jest się czym martwić, czy nie? Pytania, pytania, pytania. Czy ktoś ma jakieś pomysły?

Bangkok zamknięty

Jutro oficjalnie nastąpi zamknięcie Bangkoku, któż to wie, na jak długo. Teoretycznie, jeden dzień, ale myślę, że to początek czegoś dłuższego. Jak widać, temperatura wrzenia doszła wreszcie do momentu, kiedy para zaczyna buchać buch buch i wprawia koła i gwizdki w ruch.

Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że siedząc tu, na przedmieściach Bangkoku, nie wiem wiele więcej niż wszyscy śledzący oficjalne wiadomości na ten temat. Różnica taka, że ja nie oglądam TVN 24, a BBC News i Aljazeerę. I śledzę w necie tutejsze strony, które niestety najczęściej są po tajsku, więc niewiele rozumiem i poza zdjęciami praktycznie nie jestem niczego pojąć. Wiem więc tyle co wy, jeśli ktos czyta ten post, żeby usłyszeć mądre, polityczne proroctwa to niestety muszę rozczarować.

Media pełne są zdjęć z kampanii Respect My Vote, to a propos wyborów w lutym, i na moim osiedlu również pojawił się taki znak. Przyczepiony do znaku drogowego, a raczej lustra panoramicznego, stojącego przy takim małym parczku, kawałku trawki, ziemi niczyjej. Nie wiedomo więc, kto to napisał i zamieścił, można zgadywac, że ten z domu na lewo albo na prawo. A może wcale nie, może to tak dla zmyłki przeciwnika i naprawdę zamieścił go ktoś tam z sąsiedniej ulicy? Ponoć kilka dni temu właśnie w Rangsit, gdzie mieszkam, miało miejsce jakieś intensywne starcie na ulicy i kilka osób zostało ciężko rannych. Grupa z Rangist szła w kierunku starego lotniska i zostało dośc skutecznie zmasakrowana. Ale wiem to nieoficjalnie, od koleżanki, której mąż Taj aktywnie uczestniczy w demonstracjach. Ha, coś tam więc jednak wiem więcej niż BBC i AlJazeera.

Jutro Bangkok zostaje zamknięty,szkoły nieczynne, firmy pewnie też, przynajmniej większość. Mnie to nie dotyczy, bo u mnie w szkole udaje się, że nic się nie dzieje i życie toczy się jak zawsze. Typowe tajskie podejście do sprawy, bezpośrednia konfrontacja nie wchodzi w grę. Wciąż się nie boję, myślę, że najwyżej mogę mieć kilka dni wakacji i jeśli nosa nie wyściubię poza własną okolicę, to niczego nie zobaczę. No ale nie wyściubię, bo nie będę Alexa brała na demonstrację. Pozostaje mi śledzić rozwój sytuacji w necie.

Co tam, panie, w polityce?

Wczoraj musiałam pojechać do urzędu emigracyjnego żeby zrobić tzw. 90 dni, czyli małe meldowanko, które robi się właśnie co 90 dni – wciąż tu jestem, wciąż legalnie.

A że mieszkam na dalekich przedmieściach Bankoku to podlegam pod urząd emigracyjny tychże, nie tego głównego w centrum, lecz znajdującego się na dalekim wypiździewie, po prostu. Wsiadałam w taksówkę i pół godziny później byłam w miejscu, które przypomniało mi o podróżach, o tej Tajlandii, którą pamiętam sprzed kilku lat, kiedy miałam dużo płatnych wakacji i mogłam włóczyć się pociągami i autobusami.

Tajlandia, która jest nagle w innej czaso-przestrzeni – wolna, rozciagliwa od żaru i upału, lekko zaspana. Czas płynie wolniej, ludzie śpią w hamakach, kimają na motorkach swoich przenośnych straganów, sprzedają kawę w plastikowych reklamówkach wypełnionych lodem, taki tajski odpowiednik Starbucksa i take away’a. Lokalsi uśmiechają się na widok falangów, czasem patrzą zadziwieni, obserwują nas jakbyśmy byli przybyszami z kosmosu. Wszystko jest przykurzone i stare, farba obłazi, rdza zżera, plastikowe torebki zwisające z wiatraków pod sufitem, kręca się w kółko nad straganami, odganiając muchy.

I właśnie wczoraj znowu poczułam ten klimat i zapach, którego nie umiem określić, ale mi wszystkie miejsca i podróże kojarzą się z zapachami. Czasem, jakaś delikatna nuta zapachowa potrafi przypomnieć momenty sprzed kilku lat, sutyacje i miejsca. Wczoraj, z jakiegoś dziwego powodu, poczułam się jakbym była w Krabi, gdzie jest takie przedziwne miejsce, otwarte muzeum pokazujące piekło i czyściec, w którym monstrualnej wielkości dziwne, kiczowate rzeźby wyginają się w cierpieniach, a diabły nadziewają na widły grzeszników.

Odstałam swoje 15 minut w kolejce, otoczona głównie emigrantami z Birmy – spracowanymi, spalonymi słońcem, spoconymi, przygnębionymi. Niedawno, tak z dwa lata temu, skończyłam drugą magisterkę w Lodynie  – Polityczną ekonomię konfliktu, przemocy i rozwoju, i wraz z moja grupą musieliśmy przygotować prezentację na temat wybranego kraju przeżywającego wlaśnie konflikt lub wojnę domową. Prezentowaliśmy Birmę i teraz, za każdym razem widząc Birmańczyków, próbuję zgadnąć, przez jakie koszmary musieli przebrnąć, żeby znaleźć się tu, w tej kolejce, szukając pracy za grosze, pozwalając się wykorzystać, bo nie mają innych opcji. A w dodatku w Tajlandii wciąż iskrzy i zgrzyta.

Sytuacja nie zmieniła się przez ostatnie kilka tygodni i na pewno nie zmieni się do lutego, kiedy to mają odbyć się wybory. Czytam różne strony mądre, poświęcone temu tematowi i wszystkie mówią mniej więcej to samo. Sytuacja jest napięta, w lutym nastąpi kulminacja, ale nie wiadomo co będzie. Niektórzy starają się przewidzieć rozwój wypadków, ale myślę, że w przypadku Tajlandii to trochę jak zgadywanie, bo jest tu jeden bardzo nieprzewidywalny czynnik – Tajlandia. Tajska logika i tajski czas – te określenia szybko wchodzą do słownika osób, kóre tu zamieszkują. Logika – jesli coś jest nielogicznego, to na pewno będzie uznane za słuszne. Czas – gumowy, rozciągnięty, zawsze opóźniony. To przecież kilka dni temu chciano zająć ZOO w ramach akcji protestacyjnej, ale gdy cały Internet złapał się za brzuch ze smiechu, zrezygnowano z tego pomysłu. Tak, ZOO jest kluczowym obiektem w rozgrywce politycznej obu stron.

Tajlandia stoi właśnie na rozdrożu i nie wiadomo co będzie. To nie tylko Taksin vs. demokratyczny rząd i miłościwie nam panujący, to także ASEAN zbliżający się wielkimi krokami. Za rok Tajlandia powinna być zwarta i gotowa, żeby przystąpić do tej Unii Azjatyckiej a myślę, że bedzie targana personalnymi wojnami i walką o władzę, która będzie rosła proporcjonalnie do stanu zdrowia króla. Czasem myślę, że to początek końca Bankoku jaki znamy, czasem myslę, że to przesada. Tajlandia i jej plaże wciąż będą przyciągać masy turystów, piekne kobiety wabić spragnionych miłości mężczyzn a manpeilaizm oferować odskocznie od zachodniej kultury, kryzysu i wyścigu szczurów. Mam nadzieję. I za to właśnie wypijmy capuccino z zielonej herbaty.

Noworoczny spacer z Alexem

Ostatni tydzień spędziłam z Alexem w domu i jestem wykończona. Niestety, chyba nie docenił moich starań o tradycję świateczną i nie tknął nawet ani jednej potrawy, ale czas spędziliśmy miło. Codziennie rano zaczynaliśmy dzień od spaceru po naszym osiedlu i dziś chciałabym Wam pokazać, jak wygląda tajski mooban.

Zaczynamy od decyzji, w którą stronę pójdziemy najpierw – w prawo czy lewo, aczkolwiek, nieważne co wybierzemy i tak odwiedzimy wszystkie ulubione miejsca Alexa. Zadziwia mnie czasem jego pamięć przestrzenna, doskonała orientacja w terenie. Jeśli pójdziemy w lewo, najpierw zahaczymy o dom znajomej rodziny z Birmy, która mieszka na końcu ulicy. Mają kilkoro dzieci, więc zawsze przed domem leżą zabawki, piłki, stoją rowery. A do tego mają sporo donic z lotosem, całe zatopione w wodzie, w której dodatkowo pływają rybki. Jaka to frajda połapać te malutkie rybki. Potem biegniemy do domu Annette, tuż za rogiem, która ma ładny ogródek i kwiaty wylewające się na ulicę. Anentte pracuje ze mną, jest tu już 7 lat i zostanie na zawsze. Wraz z  mężem porzucili życie w RPA, ściągnęli syna i pracują razem w szkole. Ich dom jest więc bardzo „domowy”, zadbany, z prawdziwą, zachodnią kuchnią, czyli piekarnikiem i wiszącymi szafkami – prawdziwy luksus. No i jest ładny ogródek z zachodnimi kwiatkami. Nie są rewelacyjne, nie orientuję się co to za gatunek, tylko takie zwykłe, kolorowe stokrotki – małe, chude, wypłowiałe, bardzo niepozorne na tle tajskich pięknych kwiatów, lilii, kolorowych, ogromnych roślin, ale za to – swojskie. I Alex, z jakiegoś pwoodu bardzo je lubi. Muszę wąchać wszystkie, a potem szybko zabierać stamtąd, zanim zacznie zrywać je z krzaka. A potem gnać za nim dalej, bo Alex nie chodzi, Alex biega.

Dalej biegniemydo cegły. Taka zwykla cegła, pustak, używana do podtrzymania bramy, żeby się nie zamykała. Z jakiegoś powodu bardzo fascynująca. Alex próbuje ją podnieść, przesunąć, potem siada przed nią, patrzy na nią zamyślony i wstaje, żeby pobiec dalej. Rutyał powtarzaliśmy codziennie, zawsze z ta chwilą zadumy na koncu i zastanawiam się, czy to przypadek, czy on kogoś naśladuje. Ale już go nie ma, już biegnie do maszyny na wodę. Maszyna na wodę sprzedaję oczyszczoną wodę pitną  – 1 baht za 1 litr, czyli w Polsce byłaby to złotówka za litr. Przynosi się własną butlę i nabiera, to nie jest automat na napoje, a alternatywa dla wody z kranu, która nawet po przefiltrowaniu jest ohydna, a przy okazji zdecydowanie tańsza niż w sklepie, gdzie butelka wody pitnej kosztuje 5 baht za litr, taka najtańsza opcja, a przeciętnei 10 baht. Alex uwielbia otwierac i zamykać drzwiczki tek masyzny, musze go trzymać na rekach i cierpliwie czekać 15 minut aż mu się znudzi, albo po prostu ruszać dalej, bo rzadko mu sie nudzi. Więc w końcu pomimo jego protestów, ruszam w kierunku placu zabaw i w końcu mogę na chwilę przysiąść.

Mamy zaprzyjaźnione mamy i dzieci, ale wciąż jestem znana jako falang. Alex za to znany jest wszystkim po imieniu, jest takim małym, lokalnym celebrytą. Niestety łączy się to z tym, że jest dotykany i macany i specjalnie nie lubi tej uwagi, co chwila słyszę więc wnerwiony jęk i widzę jak wyrywa się kolejnej pani. Ale najczęściej udaje nam się trochę pozjeżdżać an ślizgawce, pobawić w piasku, pobujać w komunalnym hamaku i zakręcić huśtawką w, a potem ruszamy do studzienki kanalizacyjnej i wrzucamy kamienie do ścieków. Trwa to niestety długo i jest to ulubione zajęcie Alexa,  niestety, bo ściek śmierdzi straszliwie. Ma bardzo specyficzny zapach i trudno mi go opisać, ale myślę, że wszyscy, którzy odwiedzili Tajlandię, doskonale go rozpoznają. Pozwalam mu to robić, bo gdzieś tam, na dnie mojej nauczycielskiej głowy tłumaczę sobie, że w sumie to taka pierwsza lekcja „fizyki”. Ruch, kierunek, pluskająca woda, za duże kamienie, za małe kamienie. Widzę, jak inne matki patrzą na mnie z dezaprobą, na szczęście zawsze mogę to zrzucić na zachodnie dziwactwa. A czasem udaje się nam zwerbowac inne dziecko i wtedy juz nie wyglądam głupio.

W końcu odbiegamy od studzienki i teraz idziemy do budki strażnika. Każde osiedle w Tajlandii ma portiernię, nie ważne czy bogate, czy nie, dozorca i budka jest. Podnoszą szlaban, łąpią taksówki, naprawiają, podlewają trawę, poza tym siedzą cały dzień z mieszkańcami i popijaja piwko. Przynajmneij w tych beidniejszych miejscach, bo w tych wyasionych moobanach juz nie. No i dbają o spirit house, który każdy szanujący sie mooban (osiedle) posiada. Co to jest spiryt house? Taki mini ołtarzyk, domek na kurzej nóżce, gdzie składa się ofiary duchom, które zamieszkują w tym domku zamiast w naszym domu – jedzenie, picie, kwiaty. czasami wygląda to komicznie – butelki coli, piwa, kawa na wynos, słodycze. Mój mooban nie jest za duży, wręcz bardzo malutki, za to spirit house jest wielkości powalającej. Mamy tam i figurki słoni i koni, zebry, żółwi i kurczaków, które dumnie bronią wejścia na schody wiodące do samego już spirit house. Masa złota i błyskotek świecących w słońcu. Alex oczywiście uwielbia te zwierzaki i je dotyka, a ja pozwalam mu na to, choć mam wrażenie, że nie jest to do końca miło widziane. Nigdy jednak nie usłyszeliśmy nie, więc głaszczemy te zebry i konie, żółwie i kury i dalej ruszamy na drugi, przeciwległy koniec moobanu, tam gdzie w murze znajduje się dziura i brama do slumsu.

Po drodze jednak zatrzymamy się, żeby pogłaskać każdego psa i kota, który nie będzie przed nami uciekał, a jeśli będzie – bedę musiała próbować je wyciągnąć spod samochodów, gdzie sie skrywają. Alex będzie próbowal ściągać pranie ze sznurków, wskakiwac do kałuży, bedziemy czytać numery na tablicach rejestracyjnych, obrywać sztyczne wisienki zdobiące zakład fryzjerski (neistety Alex jest szybszy niż ja), turlacniznane mi okrągłe owoce lub orzechy zalegające na ziemi, zbierać opadające kwiaty i puszczać je w donicach z wodą. Potem będziemy przeciskac się przez wąskie przejście między parkingiem a żywopłotem i niestety ja muszę też, a jeśli serio się nie da, to ryk jest straszliwy. W końcu dobijamy do dziury i bramy slumsu i tu zawsze próbujemy pogłaskać dwa zawszone kundle, które nie są najbardziej przyjazdne. Próbujemy to za dużo powiedziane, bo próbuje on, a ja próbuję go zabrać i wytłumaczyć, że tych dwóch psów nie należy dotykać. W końcu psy same uciekają. Wtedy zostają nam wisienki do rozdeptywania, dzikie czerwone pypcie,których bym nie tknęła, a Tajowie jedza tak jak my czereśnie. Niestety sezon się kończy i coraz mniej wisienek na drodze, a taka to frajda je deptać.

I powoli wracamy do domu, jesteśmy już na drodze prowadzącej do zakrętu, która nas zabierze do domu. Oczywiście po drodze są jeszcze bardzo ciekawe rzeczy – wyschnięte psie kupy, puste butelki, pety, porzucone śmieci i inne skarby. Nad bramami domów dyndają ozdobne koraliki, wiatraczki, sztuczne motyle i balony, w bramach siedzą znudzone staruszki wolające Alexa, matki z dziećmi. W końcu już wracać czas, minęły dwie godziny od wyjścia. Jutro zrobimy nowy obchód tą samą trasą.

Ten blog oraz wiele więcej postów podróżniczych znajdziesz na

…………………………………………………………………………………………………………………………….

Zdradzona.com

Forum dla osób zdradzonych, podejrzewających zdradę lub tych, które przez nią przeszły